Czy liberalizm musi oznaczać rezygnację z interesu narodowego, bezkrytyczny euroentuzjazm i alergię na patriotyzm? Ryszard Czarnecki przekonuje, że nie – i wskazuje, jak bardzo polska wersja liberalizmu odbiega od tego, co od lat funkcjonuje w wielu krajach Europy Zachodniej. To felieton o różnicy między ideologicznym dogmatyzmem a politycznym realizmem.
No, to pojadę z grubej rury. Rzeczywiście dziś trochę inaczej niż zwykle. Oto takie porównanie. Zaczynamy, proszę zapiąć pasy.
Rodzimi liberałowie przyzwyczaili nas do nieszczęsnej praktyki, która sprowadza się do niechęci wobec interesu narodowego oraz inicjatyw społecznych, jeśli mają one charakter patriotyczny albo stanowią alternatywę dla instytucji będących oczkiem w liberalnej głowie, a takimi są np. banki.
Nad Wisłą, Odrą, Bugiem, Wartą, Sanem i Łyną liberałowie to euroentuzjaści, zwolennicy globalizacji i wpisania Polski w procesy integracyjne na Starym Kontynencie czy w świecie. Tymczasem w wielu krajach Europy liberałowie – ku zaskoczeniu tych naszych, rodzimych – są, uwaga, dość sceptycznie nastawieni do przyspieszania procesów jednoczenia Unii, są przeciwni federalizacji UE, są zwolennikami Europy Ojczyzn, Europy Narodów. Serio. Szok dla niektórych, co? Pewnie tak, ale to „najprawdziwsza prawda”.
Pamiętam, gdy przed dwudziestoma laty byłem jednym z dziesięciu posłów do Parlamentu Europejskiego, którzy podpisali się pod apelem do rządów państw członkowskich UE, aby podjęły decyzję o przeprowadzeniu w każdym państwie należącym do UE referendum, w którym obywatele wypowiedzieliby się, czy akceptują Traktat Lizboński. Wniosek upadł, może dlatego, że sondaże jednoznacznie pokazywały, iż co najmniej w dwóch krajach UE – Finlandii i Czechach – ów kolejny traktat europejski zostałby wyraźną większością odrzucony.
Wracajmy jednak do naszych liberalnych, nomen omen, baranów. Otóż pod tym wnioskiem podpisała się, a nawet wystąpiła z nami na wspólnej konferencji prasowej w siedzibie Parlamentu Europejskiego, brytyjska europosłanka – uwaga – z ówczesnej grupy ALDE, czyli właśnie liberałów. Jednak takich jak ona było więcej. W Europie Zachodniej można bowiem mieć poglądy liberalne, zwłaszcza w wymiarze gospodarczym, a jednocześnie pozostawać namiętnym patriotą, a nawet nacjonalistą i uniosceptykiem.
„Rodzimi liberałowie przyzwyczaili nas do nieszczęsnej praktyki, która sprowadza się do niechęci wobec interesu narodowego oraz inicjatyw społecznych, jeśli mają one charakter patriotyczny albo stanowią alternatywę dla instytucji będących oczkiem w liberalnej głowie, a takimi są np. banki”
Podobnie jest, gdy chodzi o spółdzielczość oszczędnościowo-kredytową. U nas liberałowie zwalczają SKOK-i, a w Irlandii mocno je wspierają. Piszę to jako były współprzewodniczący Credit Union Friendship Group w Parlamencie Europejskim. Moją drugą współprzewodniczącą była… Irlandka, liberałka, pani Harkin.
To pokazuje zasadniczą różnicę między liberałami krajowego miotu a tymi z Zachodu. Tamtejsi są mniej dogmatyczni. Przynajmniej część z nich. Ci tutejsi niestety wciąż galopują z ideologicznymi klapkami na oczach. Szkoda. Wolałbym w tej kwestii swoistą „westernizację”: żeby nadwiślańscy liberałowie byli bardziej jak ci zachodni. Obawiam się jednak, że to marzenie ściętej głowy.
Ryszard Czarnecki
Ryszard Czarnecki – były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, publicysta, komentator spraw międzynarodowych. Jeden z najbardziej doświadczonych polskich europosłów, związany z prawicą i aktywny obserwator sceny geopolitycznej.

