Ryszard Czarnecki bierze na warsztat amerykańską geografię wyborczą i stawia śmiałą tezę: listopad przyniesie polityczny remis, który – wbrew pozorom – może paradoksalnie wzmocnić prawicę przed kolejną batalią o Biały Dom. Czy felietonista Innej Polityki ma rację? Sprawdzimy to wkrótce.
Nie, nie będzie o sporcie (czy raczej „sporcie”) zwanym MMA. Będzie o polityce. Zacznę jednak od akcentu muzycznego. „Happy Birthday, Mr. President” zaśpiewać by mogła Marilyn Monroe Donaldowi Trumpowi, ale nie żyje, więc nie zaśpiewa. „Osiemdziesiątka” stuknęła 45. i 47. prezydentowi USA, walki MMA się odbyły, Jarosław Kaczyński skrytykował ten „sport” wspierany od wielu lat przez Donalda Trumpa, ale mnie bardziej od walk w oktagonie interesują walki na amerykańskim ringu politycznym. Trwają one cały czas, ale ich tegoroczna kulminacja nastąpi za niespełna pięć miesięcy. Wtedy odbędą się „midterm elections”, czyli połówkowe wybory, które – choć wyłonią np. nową jedną trzecią Senatu USA i odnowią Izbę Reprezentantów – to także ocenią pierwszą połowę drugiej kadencji Donalda Johna Trumpa. To doprawdy ważniejsze niż celebrowanie jego okrągłych urodzin, choć oczywiście bardzo dobrze, że był na nie zaproszony prezydent Rzeczypospolitej.
„Odradzam lewicy i liberałom wieszczenie klęski Trumpa i jego obozu politycznego w przypadku utraty Izby Reprezentantów. Bo jeśli się to stanie, nie będzie już można zwalać wszystkiego, co złe, na Republikanów”
Zabawię się w Proroka Ryszarda i odgadnę dziś ich wyniki. Proszę w listopadzie wziąć do ręki albo raczej „wygooglować” ten tekst i zobaczyć, czy dobrze przewidziałem przyszłość.
A będzie tak: Republikanie utrzymają większość w Senacie i stracą większość w odpowiedniku polskiego Sejmu. Nie wierzę w najbardziej optymistyczny dla nich scenariusz, czyli utrzymanie obu izb Kongresu. Jednakże nie wierzę również w scenariusz najbardziej pesymistyczny, czyli stratę obu izb amerykańskiego parlamentu. Obozowi lokatora Białego Domu przy elekcji do Senatu sprzyja geografia wyborcza: rotacji podlegają w większości okręgi raczej sprzyjające prawicy. A to oznacza, że utrzymanie kruchej większości jest nie tylko możliwe, ale wręcz prawdopodobne. Gorzej jest z Izbą Reprezentantów, gdzie utrzymanie większości graniczyłoby z cudem, a limit cudów w amerykańskiej polityce wydaje się być wyczerpany na ładnych kilka lat naprzód.
„Republikanie utrzymają większość w Senacie i stracą większość w odpowiedniku polskiego Sejmu. Nie wierzę w najbardziej optymistyczny dla nich scenariusz, czyli utrzymanie obu izb Kongresu. Jednakże nie wierzę również w scenariusz najbardziej pesymistyczny, czyli stratę obu izb amerykańskiego parlamentu”
Jak ten swoisty, ewentualny (ale doprawdy prawdopodobny) remis wyborczy w listopadzie będzie rzutował na najważniejszą elekcję „made in USA”, czyli wybory prezydenckie 2028? Odradzam lewicy i liberałom wieszczenie klęski Trumpa i jego obozu politycznego w przypadku utraty Izby Reprezentantów. Bo jeśli się to stanie, nie będzie już można zwalać wszystkiego, co złe, na Republikanów. Przy dużej roli – także blokującej – amerykańskiego „Sejmu”, podzielenie się władzą na najbliższe lata może, uwaga, ułatwić wygraną prawicy w roku 2028. Wtedy Trump nie będzie już kandydować. Choćby częściowe rozmycie odpowiedzialności za sprawowanie rządów może być dla jego formacji naprawdę sporą szansą. Kto z niej skorzysta? James D. Vance? Marco Rubio? To jedno z wielu pytań…

