Na Dolnym Śląsku rozgrywa się dziś scenariusz, który jeszcze kilka lat temu rozpaliłby całą polityczną i medialną Polskę, a może nawet Europę. Martwe ryby, skażona woda, alerty dla mieszkańców oraz ogromne straty dla regionu. Tym razem jednak nie ma konferencji z dramatycznymi apelami, nie ma „pogrzebów rzeki”, ani reakcji instytucji europejskich.
W 2022 roku, gdy katastrofa na Odrze rozlewała się po mediach, Donald Tusk nie zachowywał się jak lider opozycji troszczącej się o państwo, ale jak prokurator od politycznego linczu. Mówił, że władza „robi wszystko, żeby uniknąć odpowiedzialności”, a całą sprawę zamienił w oskarżycielski spektakl, w którym winny katastrofy był przede wszystkim rząd Zjednoczonej Prawicy. Wtedy nie było miejsca na oddech, niuanse i analizę przyczyn, bo przekaz był jeden: to PiS skaził rzekę! Dziś, gdy problem rzeczywiście dotyczy obozu Tuska, chętnych do publicznych wystąpień brakuje.
Dwie miary
To nie jest już nawet kwestia politycznego gustu, ale elementarnej uczciwości. W 2022 roku przy Odrze rozkręcono medialno-polityczną machinę, w której pojawiały się oskarżenia o rtęć, trucizny i zorganizowane zaniechanie, a ówczesna marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak, dorzucała nawet sensacyjne tezy o tym, że rzeka została skażona rtęcią. Rewelacje szybko zostały zdementowane, ale nikt się tym nie przejmował, ponieważ ekologia była użytecznym narzędziem do uderzania w przeciwnika politycznego.
Dziś, gdy na Bobrze faktycznie doszło do poważnego skażenia i śnięcia ryb po spuszczeniu wody ze zbiornika Pilchowice, kiedy WIOŚ i GIOŚ badają próbki, a w części z nich wykazano przekroczenie norm dla rtęci oraz bardzo wysoką zawiesinę oraz pogorszenie jakości wody, słyszymy głównie uspokajające komunikaty, półsłówka i próbę rozmycia problemu. Resort klimatu sam przyznaje, że analizuje wpływ zdarzenia na ekosystem i potencjalne ryzyko dla Odry, ale politycznej energii do głośnego alarmu już nie ma. To właśnie jest definicja podwójnych standardów.
Rtęć tylko wtedy, gdy pasuje
Najbardziej kompromitujące jest to, że w 2022 roku słowo „rtęć” było rozpalającym hasłem, wręcz politycznym młotem. Wtedy używano go bez zahamowań, mimo że informacje nie zostały potwierdzone. Dziś, gdy w Bobrze rzeczywiście odnotowano przekroczenia norm rtęci w próbkach wody, a także bardzo wysokie stężenia fosforu i dramatyczne warunki tlenowe, narracja rządowa brzmi niemal jak próba uśpienia opinii publicznej.
W koalicji rządzącej nie brakuje osób, które chętnie wypowiadają się na temat ekologii, ale w tej sprawie wszyscy zniknęli. Nie tylko E. Polak i K. Jachira, ale też działacze Partii Zielonych, którzy tworzą koalicję rządzącą. A przecież, to jest kwestia wiarygodności. Jeśli ktoś przez lata budował swoją pozycję na ostrym moralizowaniu i oskarżaniu innych o zaniechanie, a teraz sam wybiera taktykę wyciszenia, to znaczy, że jest hipokrytą.
I właśnie tutaj widać największą słabość obecnej władzy. Gdy rządziła dzisiejsza opozycja, Tusk i jego dyżurni ekolodzy potrafili robić z tematu ekologii teatr polityczny. Gdy sami znaleźli się w podobnej sytuacji, choć – inaczej niż wtedy – zawinionej, teatr się skończył, a zostały urzędnicze formułki i administracyjny bełkot.
Trzeba też przypomnieć, że przy Odrze po 2022 roku zbudowano całą symbolikę „obrony rzeki”, „obrony ludzi”, „obrony przyrody” i „obrony prawdy”. W tę narrację wpisywano konferencje, alarmy, społeczne emocje i presję międzynarodową. Dziś ta sama wrażliwość zniknęła.

