W Prawie i Sprawiedliwości dominuje dziś przekonanie, że odejście Mateusza Morawieckiego skończy się tak jak wcześniej PJN czy Solidarna Polska – głośnym rozłamem, który szybko przejdzie do politycznej historii. Problem polega na tym, że historia polskiej prawicy podsuwa zupełnie inną analogię. Nie rok 2010 ani 2012, lecz 2001, kiedy z rozpadającej się Akcji Wyborczej Solidarność wyłoniło się Prawo i Sprawiedliwość. Wówczas również niewielu wierzyło, że nowa partia zmieni układ sił na kolejne ćwierć wieku.
Wtorkowe posiedzenie Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości ma jedynie przypieczętować decyzję, która, jak zapowiedział prezes Jarosław Kaczyński, będzie tylko formalnością. Wskazują na to weekendowe, zresztą bardzo skoordynowane, wystąpienia czołowych polityków PiS. Wszyscy oni próbują przekonać opinię publiczną, że były premier działał na szkodę partii, jego środowisko utraciło lojalność wobec kierownictwa, a ostateczne przecięcie więzów będzie dla PiS początkiem nowego otwarcia.
Nie zamierzam rozstrzygać, która ze stron tego konfliktu ma więcej racji. Tego dziś nie sposób jednoznacznie ocenić, a ostateczny bilans zapewne poznamy dopiero za kilka miesięcy, a może – jak to miało miejsce gdzieś na początku istnienia PiS – dopiero za kilka lat. Znacznie ciekawsze wydaje się pytanie, czy Prawo i Sprawiedliwość właściwie interpretuje znaczenie wydarzeń, których samo stało się uczestnikiem. Innymi słowy, czy partia Jarosława Kaczyńskiego nie popełnia dziś błędu, który w polityce zdarza się wyjątkowo często: nie próbuje zrozumieć nowej sytuacji przez pryzmat niewłaściwych doświadczeń historycznych.
Pułapka politycznych analogii
Polityka rzadko bywa nauką ścisłą. Partie nie dysponują wzorami pozwalającymi przewidzieć przyszłość, dlatego niemal zawsze sięgają do historii, szukając wydarzeń, które przypominają aktualną sytuację. W przypadku obecnego kryzysu w PiS niemal automatycznie przywoływane są dwa przykłady: Polska Jest Najważniejsza oraz Solidarna Polska. Oba rozłamy miały wspólny finał. Żaden nie doprowadził do trwałego osłabienia pozycji Jarosława Kaczyńskiego, a także nie zbudował alternatywy zdolnej przejąć przywództwo po prawej stronie sceny politycznej. W naturalny sposób rodzi to przekonanie, że również tym razem historia zakończy się identycznie.
Na pierwszy rzut oka, to rozumowanie wydaje się logiczne. PJN powstawało po katastrofie smoleńskiej i przegranych wyborach prezydenckich. Było próbą zmiany wizerunku Prawa i Sprawiedliwości oraz korekty jego politycznej strategii. Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry wyrastała z konfliktu personalnego i programowego, ale funkcjonowała już w rzeczywistości, w której PiS było niekwestionowanym liderem polskiej prawicy. Ostatecznie oba środowiska okazały się zbyt słabe, by stworzyć trwałą konkurencję.
Czy jednak obecna sytuacja rzeczywiście jest podobna? Mateusz Morawiecki nie odchodzi z pozycji polityka drugiego planu ani byłego ministra, próbującego budować własną rozpoznawalność. Jest byłym premierem, twarzą dwóch kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy, politykiem posiadającym własne zaplecze eksperckie, rozbudowaną sieć kontaktów międzynarodowych oraz grupę współpracowników, którzy przez lata współtworzyli politykę państwa. To oczywiście nie przesądza o powodzeniu ewentualnego nowego projektu. Oznacza jedynie, że skala i charakter obecnego rozłamu znacząco różnią się od wcześniejszych konfliktów wewnątrz PiS.
Dlatego właśnie, odniesienia do PJN i Solidarnej Polski nie są najlepsze. Możliwe bowiem, że historia podpowiada zupełnie inną analogię.
Rok 2001, czyli zapomniana lekcja polskiej prawicy
W polskiej debacie publicznej zaskakująco rzadko wraca się dziś do wydarzeń sprzed niemal ćwierćwiecza. Tymczasem właśnie one mogą okazać się znacznie bardziej pouczające niż wszystkie późniejsze rozłamy w Prawie i Sprawiedliwości.
Akcja Wyborcza Solidarność kończyła swoje rządy jako formacja głęboko podzielona, zmęczona sprawowaniem władzy i coraz bardziej pogrążona w wewnętrznych konfliktach. Spory personalne, rywalizacja środowisk, słabnący autorytet Mariana Krzaklewskiego (kto dziś w ogóle dzisiaj o nim pamięta?) oraz utrata społecznej wiarygodności sprawiały, że coraz więcej polityków zaczynało szukać własnej drogi. To właśnie w tej atmosferze powstało Prawo i Sprawiedliwość. W 2001 roku nic jednak nie było oczywiste. Nowe ugrupowanie nie rodziło się jako dominująca siła polskiej polityki. Wręcz przeciwnie, dla wielu obserwatorów było jedną z kilku inicjatyw próbujących zagospodarować polityczną próżnię po rozpadającej się AWS. Nie imponowała również skala politycznego zaplecza. Z perspektywy sejmowej arytmetyki trudno było mówić o projekcie, który za kilka lat całkowicie przebuduje układ sił w Polsce.
Pierwsze badania opinii publicznej również nie zapowiadały politycznej hegemonii. W ówczesnych komentarzach znacznie częściej pojawiały się wątpliwości dotyczące przyszłości nowego ugrupowania niż prognozy jego spektakularnego sukcesu. A jednak to właśnie ten projekt w kolejnych latach okazał się jednym z najważniejszych przedsięwzięć politycznych III Rzeczypospolitej.
Nie dlatego warto dziś przypominać rok 2001, aby dowodzić, że historia ponownie potoczy się identycznym torem. Taka teza byłaby równie nieuprawniona, jak twierdzenie, że Mateusz Morawiecki z góry skazany jest na porażkę. Znaczenie tamtych wydarzeń polega na czymś innym. Pokazują one, jak zawodna potrafi być polityczna intuicja, gdy przyszłość próbuje się oceniać wyłącznie przez pryzmat bieżącej siły parlamentarnej i chwilowych sondaży.
Między arytmetyką sejmową, a politycznym potencjałem
W ostatnich dniach politycy Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie przekonywali, że ewentualny projekt Mateusza Morawieckiego nie ma większych szans powodzenia, ponieważ może liczyć najwyżej na 30-30 posłów. Argument ten jest zrozumiały z punktu widzenia bieżącej walki politycznej. Ma uspokoić działaczy, przekonać wyborców o stabilności partii i pokazać, że rozłam nie stanowi realnego zagrożenia. Rzecz w tym, że to argument bardziej propagandowy, niż analityczny.
Ważne siły polityczne rzadko rodzą się jako parlamentarne potęgi. Zwykle rozpoczynają działalność jako środowiska relatywnie niewielkie, których siła nie wynika z liczby posłów, lecz ze zdolności przyciągania wyborców rozczarowanych dotychczasowym układem politycznym. W polityce punkt startowy ma znaczenie znacznie mniejsze niż potencjał wzrostu. Prawo i Sprawiedliwość powinno doskonale o tym pamiętać, ponieważ samo było najlepszym dowodem na prawdziwość tej zasady.
Jeżeli jednak rok 2001 rzeczywiście miałby być bardziej użytecznym punktem odniesienia niż późniejsze rozłamy w PiS, warto spojrzeć również na pierwszy sondaż dotyczący potencjalnego projektu Mateusza Morawieckiego. Nie dlatego, że pozwala on przewidzieć wynik przyszłych wyborów. Tego nie potrafi żadne badanie opinii publicznej. Jest interesujący z zupełnie innego powodu – pokazuje bowiem nie skalę poparcia, lecz istnienie bądź brak politycznej przestrzeni dla nowej inicjatywy.
Sondaż SW Research nie dotyczył partii funkcjonującej na scenie politycznej. Respondenci nie oceniali ugrupowania posiadającego program, struktury terenowe, listy kandydatów czy choćby nazwę. Odpowiadali na pytanie dotyczące projektu, który istnieje wyłącznie jako polityczna hipoteza. Mimo to 9,1 proc. ankietowanych zadeklarowało, że zdecydowanie rozważyłoby oddanie na niego głosu, a kolejne 17,4 proc. odpowiedziało „raczej tak”. Łącznie daje to 26,4 proc. respondentów gotowych przynajmniej dopuścić możliwość poparcia przedsięwzięcia, które formalnie jeszcze nie powstało. Jednocześnie 55,9 proc. badanych wykluczyło taką możliwość, co pokazuje, że potencjalny projekt miałby również wyraźnie zdefiniowane ograniczenia.
Jeszcze ciekawsze okazują się odpowiedzi poszczególnych grup respondentów. Największą otwartość wobec hipotetycznej inicjatywy Mateusza Morawieckiego deklarują osoby między 25. a 49. rokiem życia oraz wyborcy osiągający wyższe dochody. To właśnie te grupy od wielu lat pozostają dla Prawa i Sprawiedliwości najtrudniejsze do trwałego pozyskania.
Nie oznacza to oczywiście, że Mateusz Morawiecki dysponuje dziś zapleczem zdolnym do zbudowania nowej formacji. Nie oznacza również, że podobny projekt zakończyłby się sukcesem wyborczym. Pokazuje natomiast coś znacznie bardziej fundamentalnego, że pytanie o sens takiej inicjatywy nie jest jedynie publicystyczną spekulacją. Skoro ponad jedna czwarta respondentów deklaruje gotowość rozważenia poparcia projektu, który istnieje wyłącznie w sferze politycznych hipotez, oznacza to, że dyskusja o jego potencjale nie jest pozbawiona podstaw.
I właśnie tutaj warto wrócić do analogii z rokiem 2001. Także wówczas pierwsze sondaże nie zapowiadały politycznej dominacji Prawa i Sprawiedliwości. Pokazywały jedynie, że na prawicy pojawiła się przestrzeń dla nowego ugrupowania. To, co wydarzyło się później, było już konsekwencją decyzji politycznych, jakości przywództwa, zmieniających się nastrojów społecznych i błędów popełnianych przez konkurentów. Sondaże nie napisały tej historii. Pokazały jedynie, że jej napisanie w ogóle jest możliwe.

