Ryszard Czarnecki dla „Innej Polityki” pisze tym razem z Rumunii – kraju „nowej Unii”, który coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność na mapie europejskich ambicji. Z Bałkanów płynie opowieść o rosnącym znaczeniu regionu, wspólnych interesach Warszawy i Bukaresztu oraz o tym, jak historia – naznaczona choćby cieniem Nicolae Ceaușescu – splata się dziś z polityczną przyszłością Europy.
Kreślę te słowa w jednym z krajów Unii Europejskiej. Konkretniej: „nowej Unii”, czyli państw, które przystąpiły do UE w XXI wieku. Jeszcze konkretniej: na Bałkanach.
Tym razem znów Rumunia. Jestem tu kolejny raz. Na pewno nie ostatni. Polska i Rumunia – piąty i szósty kraj Unii Europejskiej, ale także pierwsze i drugie państwo naszego regionu Starego Kontynentu – skazane są na współpracę w interesie zarówno Warszawy, jak i Bukaresztu. Trawestując znane hasło z manifestacji „Solidarności” w okresie stanu wojennego: „Bukareszt – Warszawa: wspólna sprawa”.
Spędzam parę godzin w tutejszym parlamencie. Ogromny, majestatyczny, górujący nad centrum. To największy parlament świata – oczywiście nie pod względem liczby posłów, bo tu wszystkich biją na głowę Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych (pierwsze miejsce) i Parlament Europejski (drugie miejsce). Chodzi o gigantyczną kubaturę. Biorąc pod uwagę budynki szeroko rozumianej administracji państwowej, ten, który odwiedzam w stolicy Rumunii, jest największy w Europie i drugi na świecie – po Pentagonie. Jednak w kategorii parlamentów jest światowym numerem jeden.
Znajomy młody Rumun, specjalista od spraw międzynarodowych, mówi mi, że jest dumny, iż największy parlament na kuli ziemskiej znajduje się w jego ojczyźnie. Myśli tak wbrew wielu swoim rodakom, którym ta przerastająca wszystko budowla kojarzy się z jej budowniczym (w sensie decyzji politycznej, nie w sensie opracowania planu architektonicznego), czyli komunistycznym dyktatorem Rumunii, Nicolae Ceaușescu. Cóż, może to była gigantomania, może był to sposób na budzenie nacjonalistycznej dumy osadzonej w socjalistycznym anturażu. A jednak po czterech dekadach od wzniesienia gmachu rumuńskiego parlamentu dziś jest on – może nie do końca przez wszystkich chcianą – wizytówką Rumunii.
Bardzo ważny poseł pokazuje mi starą mapę zawieszoną w biurze szefa jednej z najważniejszych frakcji w rumuńskim parlamencie. Wskazuje na niej wspólną granicę Polski i Rumunii i mówi trochę żartem, trochę serio: „No i do tego powinniśmy znowu dążyć”. Nie protestuję. Gość przecież nie powinien demonstracyjnie oponować gospodarzowi, czyż nie?
Od pani z administracji, która wie, że jestem Polakiem, słyszę: „Wy byliście imperium – my nie”.
Miło jest być w kraju, w którym szanuje się moją ojczyznę. I nie są to czcze deklaracje. Warto zatańczyć z Rumunami na europejskiej, unijnej dyskotece. Choć to na pewno nie spodoba się ani Niemcom, ani Francji, która traktuje kraje romańskie jako swoją naturalną strefę wpływów.
Ryszard Czarnecki
Ryszard Czarnecki – były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, publicysta, komentator spraw międzynarodowych. Jeden z najbardziej doświadczonych polskich europosłów, związany z prawicą i aktywny obserwator sceny geopolitycznej.

