W dzisiejszym felietonie dla „Innej Polityki” Ryszard Czarnecki zabiera nas za kulisy XI Europejskiego Kongresu Samorządowego. Autor, który moderował tam trzy kluczowe debaty, analizuje bezlitosne porównanie polskiej i rumuńskiej sprawności w wydawaniu unijnych środków oraz kreśli pesymistyczny scenariusz geopolityczny. Czy świat na naszych oczach wraca do ery „stref wpływów”? Przeczytajcie o tym, co łączy samorządowców z Warszawy i Bukaresztu w ich sporze z władzą centralną.
To już naprawdę nie krótka tradycja: ponad dziesięć lat w naszym kraju odbywa się konferencja samorządowców z całego Starego Kontynentu. Miałem zaszczyt prowadzić trzy ważne debaty właśnie na tym spotkaniu, czyli na XI Europejskim Kongresie Samorządowym. Pierwsza dotyczyła sportu i o niej w tym miejscu pisać nie będę, choć dyskusja z sekretarzem generalnym PKOl Markiem Pałusem w formule „face to face” była interesująca, bo dotyczyła m.in. Letnich Igrzysk Olimpijskich w naszym kraju.
Skupię się jednak na dwóch stricte politycznych panelach, które moderowałem. Pierwszy był w praktyce polsko-rumuńskim samorządowym „okrągłym stołem”. Wzięło w nim udział sześciu polityków: po trzech z obu krajów. Zaprosiłem do niego ze strony polskiej specjalnie przedstawicieli samorządów różnych szczebli: marszałka województwa lubelskiego Jarosława Stawiarskiego, prezydenta Stalowej Woli Lucjusza Nadbereżnego (przedstawiłem go naszym gościom jako „rising star” – „wschodzącą gwiazdę” polskiej polityki…) oraz burmistrza Halinowa, przedstawiciela Polski w Komitecie Regionów UE i prezesa Stowarzyszenia Samorządów Polskich Adama Ciszkowskiego.
Stronę rumuńską reprezentowali: Marius Apopei – burmistrz Piatra-Neamț, Ștefan Cucoradă z Suczawy, gdzie jest największe skupisko Polaków w tym kraju (mają nawet własnego posła do parlamentu), oraz Alina Barbu z okręgu Teleorman. To, co najbardziej różniło wystąpienia gości i gospodarzy, to całkowicie odmienne odpowiedzi na moje pytanie o stopień wykorzystania środków z Unii Europejskiej. U nas: na Podkarpaciu, Lubelszczyźnie i Mazowszu (reprezentanci tych regionów byli obecni podczas tej debaty) – bardzo wysoki, blisko 100%! U nich 10–20 do 50% – ta ostatnia wartość jest uważana w Rumunii za… sukces, gdy u nas uznana byłaby za klęskę!
To, co obie strony – polską i rumuńską – łączy, to wspólne narzekania na słabą współpracę z rządem: tym w Bukareszcie i tym w Warszawie. O to, że władze centralne dają pieniądze samorządom „po uważaniu”, według kryteriów politycznych. To rzeczywiście spory problem.
Druga debata dotyczyła geopolityki i bezpieczeństwa. Na moje zaproszenie wzięli w niej udział: Jarosław Domański – b. ambasador Polski w Islamskiej Republice Iranu, który w imieniu ONZ, OBWE i Komisji Europejskiej obserwował wybory w ponad 20 krajach; Jacek Protasiewicz – b. wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego z ramienia PO, potem poseł PSL; Michał Dworczyk – wiceprzewodniczący Komisji Bezpieczeństwa i Obrony Parlamentu Europejskiego oraz Wojciech Skurkiewicz – obecny wiceszef Komisji Bezpieczeństwa i Obrony Senatu RP.
Z jednej strony wszyscy podkreślali swoje – nazwijmy to – „proamerykańskie” stanowisko (najbardziej Protasiewicz!). Z drugiej przyznawali, że świat wraca do „stref wpływów”. A to jest dla Polski niedobre. Bo skoro Amerykanie poszerzają pod tym pretekstem swoje wpływy w świecie, to przecież Rosja będzie robić to samo. I trudniej będzie nam protestować, skoro teraz akceptująco milczymy przy kolejnej „operacji militarnej” USA. Inna sprawa, że atak Amerykanów na Iran może znacząco osłabić szanse Republikanów w jesiennych wyborach „połówkowych” do Kongresu („mid-term elections”). Jeśli je prawica amerykańska przegra, to wtedy prezydent będzie musiał skupić się na sprawach wewnętrznych, kosztem polityki międzynarodowej.
Ryszard Czarnecki
Ryszard Czarnecki – były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, publicysta, komentator spraw międzynarodowych. Jeden z najbardziej doświadczonych polskich europosłów, związany z prawicą i aktywny obserwator sceny geopolitycznej.

