To już ostatni dzwonek dla Prawa i Sprawiedliwości, żeby się ogarnąć – potem może zostać już tylko muzyka na polityczne requiem. Dziś partia nie przegrywa wyłącznie z Donaldem Tuskiem w sondażach, ale coraz częściej sama ze sobą. Wewnętrzne napięcia, brak strategii i tłumienie ambicji w imię lojalności prowadzą do pytania, które jeszcze niedawno wydawało się absurdalne: po co komu taki PiS?
W każdej partii istnieją frakcje i grupy, które ze sobą konkurują, a czasem wręcz walczą. Trudno, by inaczej było w Prawie i Sprawiedliwości. Co do zasady, frakcyjność nie jest niczym złym, dopóki przynosi więcej pożytku niż szkody. Partia, która chce mieć 30 czy 40 procent poparcia, musi być wewnętrznie zróżnicowana. Jeśli wszyscy myślą i mówią tak samo, jak to często bywa w Koalicji Obywatelskiej, to znaczy, że przestaje się myśleć, a zaczyna jedynie powtarzać.
Jeśli PiS chce realnie myśleć o powrocie do władzy, musi być zdolny do połączenia różnych elektoratów i wrażliwości. Problem w tym, że dziś nie widać nawet próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego – mimo wyraźnego skrętu Europy w prawo – partia nie tylko na tym nie zyskała, ale wręcz straciła. Jedyną odpowiedzią było „desygnowanie” Przemysława Czarnka na przyszłego premiera. Już dziś widać, że ten ruch nie przyniósł żadnego efektu sondażowego, a wewnątrz partii tylko zwiększył chaos.
Morawiecki rozumie więcej. I dlatego przeszkadza
Jednym z największych błędów i problemów PiS było i jest to, że po wyborczej porażce w 2023 roku nikt nie potrafił, a nawet nie chciał, bronić dorobku rządów tej partii językiem ekonomii, a nie ideologii. Niektórzy pozwalali sobie nawet na krytykę tego okresu, choć sami mieli całkiem sporo za uszami. Partia straciła inicjatywę w debacie gospodarczej i została zepchnięta do reakcji na działania Donalda Tuska i jego prokuratorskiego zaplecza. Wielu polityków zaczęło się autentycznie bać, tak jakby mieli coś na sumieniu. W tej sytuacji potrzebny był lider, ale nie z nominacji Jarosława Kaczyńskiego, tylko z wyboru całej partii. Najwyraźniej prezes PiS nazbyt uwierzył w swój geniusz i uznał, że skoro udało się z Andrzejem Dudą i Karolem Nawrockim, nie inaczej będzie w przypadku byłego ministra edukacji.
To nie mogło się udać. Po serii udanych debat – z Mentzenem, Zandbergiem, a ostatnio Kosiniakiem-Kamyszem, takim naturalnym liderem był premier Mateusz Morawiecki. W kampanii prezydenckiej wspierał K. Nawrockiego, a później zaczął wokół siebie tworzyć zespół ludzi, którzy potrafią więcej, niż tylko przytakiwać prezesowi Kaczyńskiemu. To dziś najbardziej przekonująca twarz nowoczesnej prawicy w Polsce, która może się nie podobać dawnym politykom Solidarnej Polski, ale oni szkodzili Morawieckiemu nawet będąc w jego rządzie. Tego faktu nie zmienią także zaczepki ze strony Konfederacji, ani uzasadnione zarzuty o błędy popełnione przez byłego premiera w czasie pandemii oraz w relacjach z Unią Europejską. Za Morawieckim stoją wyborcy PiS. Około 30 procent z nich uważa, że to właśnie on powinien być następcą Jarosława Kaczyńskiego.
Łatwo jest być recenzentem i krytykiem po latach, ale nawet w takich sytuacjach trzeba czegoś więcej. Póki co, tylko Morawiecki jest dzisiaj w stanie, odważnie i bez kompleksów, postawić społeczeństwu proste pytanie: kiedy żyło wam się lepiej, teraz czy wtedy, gdy był premierem? Zwalczanie Morawieckiego w PiS nie jest tylko błędem. Jest polityczną krótkowzrocznością.
Statek płynie na skały. A załoga milczy
Coraz więcej polityków PiS widzi, że sprawy idą w złą stronę. Problem polega na tym, że niewielu ma odwagę to powiedzieć. Zachowują się jak oficerowie na statku, który zmierza na mieliznę, a może nawet na śmiertelne skały. Widzą to, ale nie chcą konfrontacji z kapitanem, bo od tego zależy ich przyszłość. Za nic mają to, że dalszą część swojej karier będą może realizować na ratunkowych szalupach.
Możliwe, że Jarosław Kaczyński traci polityczny słuch. A może przywiązanie do kontroli nad partią jest dziś silniejsze niż potrzeba jej zmiany. Efekt jest ten sam, ponieważ wielu polityków PiS nie rozumie, że świat 2026 roku jest inny niż ten z 2015 czy nawet 2023. Zmieniła się struktura społeczna, demografia, sposób komunikacji. Narzędzia, które kiedyś działały, dziś bywają nieskuteczne albo wręcz szkodliwe. Milionowe zasięgi w mediach społecznościowych mogą być złudzeniem wpływu.
Plan Morawieckiego jest jasny: odzyskać elektorat aspiracyjny, który odszedł po ideologicznych przegięciach i zbyt mocnym skręcie w stronę twardej tożsamości, by odzyskać wyborów, którzy odeszli do Konfederacji oraz Grzegorza Brauna.
Co ważne, PiS ma potencjał – tak wśród krajowej czołówki, jak i w regionach. W ostatnich latach wykreował wielu zdolnych polityków – od Tobiasza Bocheńskiego, przez Zbigniewa Boguckiego i Pawła Szefernakera, a na Przemysławie Czarnku kończąc. W KO nic takiego nie wydarzyło się od dwóch dekad. Rzecz w tym, że PiS-owi brakuje organizacyjnej świeżości. Struktury terenowe praktycznie nie funkcjonują. Aktywność jest tam symboliczna, często ograniczona do działań wymuszonych „z góry”. Posłowie boją się organizować wydarzenia, bo nie są pewni frekwencji. Polityka została sprowadzona do zdjęć ze spotkań z nielicznym aktywem oraz nagrywania rolek o które prosiła partyjna centrrala.
Gdyby nie media takie jak Telewizja Republika czy wPolsce24, a także aktywność Ruchu Obrony Granic Roberta Bąkiewicza i Klubów Gazety Polskiej, nie byłoby sensu, aby struktury PiS w terenie w ogóle istniały. Brak pomysłów, inicjatyw oraz chęci jest tam niemal powszechny.
Prawo i Sprawiedliwość ma potencjał, ludzi i doświadczenie, by nadawać ton, ale coś ciągnie tę partię w dół. Nie brak przeciwników. Nie brak tematów. Nie brak błędów rządu Tuska. Problemem jest brak decyzji, w którą stronę iść, a także strach przed tymi, którzy próbują tę odpowiedź znaleźć. Wielu z nich może spotkać los Mateusza Morawieckiego, któremu nogawki podgryzają ci, którzy będąc posłami i wiceministrami w jego rządzie, dość istotnie przyczynili się w tamtym okresie do tego, aby był on postrzegany źle.
Nie trzeba wybierać między Morawieckim i Czarnkiem
Sytuacja obozu patriotycznego jest wbrew pozorom znacznie trudniejsza niż liberałów i lewaków. Donald Tusk właściwie zjadł wszystkie przystawki dookoła siebie, a Lewicę i PSL całkowicie sobie podporządkował. Oni wszyscy mogą za chwilę nie mieć już wyjścia i jeśli chcą posiadać jakąkolwiek reprezentację w parlamencie, będą musieli zgodzić się na warunki szefa KO. Można się na to zżymać, ale Tusk jest dziś silniejszy niż kilka miesięcy temu i to wszystko po tym, jak tuż po wyborach prezydenckich – w skutek swoich osobistych błędów – niemal leżał na podłodze.
Podział na prawicy, to spór o wartości, wizję państwa i kierunek rozwoju. Paradoksalnie to właśnie utrudnia porozumienie. Bo łatwiej dzielić stanowiska niż uzgadniać fundamenty. Z kolei obóz rządzący koncentruje się przede wszystkim na utrzymaniu władzy i robi to skutecznie.
To nie jest tak, że PiS musi dzisiaj wybierać między Przemysławem Czarnkiem, a Mateuszem Morawieckim. Prezes PiS jest zbyt mądrym, doświadczonym i odpowiedzialnym politykiem, aby tego nie wiedzieć. Jeśli celem jest zwycięstwo oraz wpływ na Polskę, można i trzeba te środowiska pogodzić i dać im się rozwijać. To nie jest tak, że wyborcy prawicy zapomną wtedy o Zbigniewie Ziobro, ponieważ Donald Tusk zadba o to, aby prawica zajmowała się właśnie nim i wymyślonymi przez prokuratorów zarzutami, a nie dyskusją o wizji państwa.

