Donald Trump ogłasza dyplomatyczny triumf, a Pakistan wyrasta na kluczowego negocjatora, jednak na Bliskim Wschodzie pokój bywa jedynie chwilą wytchnienia między kolejnymi atakami. Choć Waszyngton i Teheran dobiły targu, Izrael już zakwestionował „deal”, bombardując Liban i obnażając kruchość nowych ustaleń. Ryszard Czarnecki analizuje tę niebezpieczną grę pozorów i ostrzega, że rosnąca niestabilność regionu to dla Polski znacznie więcej niż tylko droższa benzyna.
Był niby-pokój i chyba już go nie ma. Jak można się łatwo domyślić, dziś piszę nie o Europie Wschodniej, lecz o Bliskim Wschodzie. Zatem „dalsza koszula ciału” – trawestując stare polskie przysłowie. Wynegocjowane przez Pakistan porozumienie między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Islamską Republiką Iranu jest zapewne największym sukcesem w historii negocjatora, czyli Islamskiej Republiki Pakistanu – bo tak brzmi oficjalna nazwa tego państwa. Skądinąd jednego z dwóch najliczniejszych krajów muzułmańskich na świecie, obok Indonezji. Przy czym nie liczę tu Indii, gdzie zdecydowaną większość stanowią wyznawcy hinduizmu (80%), ale muzułmanów jest około 14%, co przy populacji sięgającej prawie 1,5 miliarda ludzi daje pewien, choć dość propagandowy, asumpt do głoszenia przez New Delhi tezy, że to ich kraj ma rzekomo największą liczbę wyznawców islamu na świecie. Ma to pośrednio dowodzić hinduskiej tolerancji.
Na Bliskim Wschodzie każdy układ pokojowy trwa najwyżej kilka miesięcy, a czasami – jak w tym przypadku – ledwie parę godzin. A to nie wróży światu nic dobrego. A jeśli światu, to i nam, Polsce.
Prezydent Donald Trump przypomina piłkarza, który strzelił wyrównującego – bo na pewno jeszcze nie zwycięskiego! – gola w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry, doprowadzając swój zespół do dogrywki. Przedłużanie tej wojny byłoby z punktu widzenia 47., a wcześniej 45. lokatora Białego Domu oraz jego Partii Republikańskiej szykującej się do listopadowych wyborów „połówkowych” do Kongresu USA, istnym golem samobójczym, by pozostać przy terminologii piłkarskiej. Amerykanie jechali już na „oparach”, jeśli chodzi o amunicję (wcześniej bardzo dużo przekazali Izraelowi i Ukrainie), ponosili większe, niż się spodziewali, straty w sprzęcie, a zapowiadana przez prezydenta Trumpa interwencja lądowa, nawet ograniczona, byłaby krwawa także dla Jankesów. Nie mówiąc już o tym, że przyniosłaby dalszy spadek poparcia dla „grupy trzymającej władzę” w Ameryce.
Donald John Trump ogłosił po raz kolejny sukces, ale ponieważ robi to w zasadzie codziennie, to przy pewnej inflacji propagandy sukcesu nie jest to już tak „łykane” przez wyborców Republikanów, jak jeszcze parę miesięcy temu.
Pakistan odniósł swój historyczny sukces i jego rola na arenie międzynarodowej automatycznie wyraźnie wzrosła. Oczywiście w tej pokojowej beczce miodu znalazła się już nawet nie łyżeczka, co wielka łycha dziegciu. Oto bowiem Islamabad (stolica Pakistanu, w której znajduje się siedziba rządu i parlamentu) jako negocjator oświadczył, że porozumienie dotyczy również Libanu. Izrael, którego przy stole negocjacyjnym nie było, oświadczył jednak coś zupełnie przeciwnego: że „deal” nie obejmuje Libanu, i w związku z tym od razu go zbombardował. To pokazuje, że na Bliskim Wschodzie każdy układ pokojowy trwa najwyżej kilka miesięcy, a czasami – jak w tym przypadku – ledwie parę godzin. A to nie wróży światu nic dobrego. A jeśli światu, to i nam, Polsce. I nie chodzi tylko o ceny benzyny, ale także o niestabilność i nieprzewidywalność sytuacji geopolitycznej.
Ryszard Czarnecki
Ryszard Czarnecki – były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, publicysta, komentator spraw międzynarodowych. Jeden z najbardziej doświadczonych polskich europosłów, związany z prawicą i aktywny obserwator sceny geopolitycznej.

