Przez lata Francja była przedstawiana jako dowód na nieuchronność sekularyzacji Europy. Chrześcijaństwo miało tam pozostać częścią narodowego dziedzictwa, ale już nie żywą siłą kształtującą ludzi i wspólnotę. Pielgrzymka Leona XIV pokazała jednak Francję znacznie bardziej skomplikowaną. Tłumy wiernych, dziesiątki tysięcy młodych ludzi i rosnąca liczba katechumenów nie oznaczają jeszcze religijnej rewolucji. Są jednak sygnałem, którego nie sposób lekceważyć: pokolenie wychowane w świecie bez Boga zaczyna Go na nowo szukać.
Najstarsza Córa Kościoła miała przejść na emeryturę
Jeżeli gdzieś w Europie Zachodniej teza o nieuchronnym końcu chrześcijaństwa wydawała się szczególnie wiarygodna, to właśnie we Francji. Kraj nazywany przez wieki „Najstarszą Córą Kościoła” stał się laboratorium radykalnie pojmowanej laickości. Religia była stopniowo spychana do sfery prywatnej, tradycyjne praktyki słabły, kościoły pustoszały, a kolejne pokolenia dorastały już bez doświadczenia wiary, które dla ich dziadków było czymś naturalnym.
Proces ten przedstawiano często nie jako jeden z możliwych kierunków przemian społecznych, lecz jako dziejową konieczność. Nowoczesność miała oznaczać sekularyzację. Bogatsze, lepiej wykształcone i bardziej indywidualistyczne społeczeństwo miało nieuchronnie tracić zainteresowanie religią. Kościół mógł co najwyżej zarządzać swoim powolnym schodzeniem ze sceny.
Dlatego czterodniowa pielgrzymka Leona XIV do Francji okazała się wydarzeniem interesującym nie tylko z religijnego punktu widzenia. Papież odwiedził Paryż, Lourdes i Metz, a skala zainteresowania jego wizytą przekroczyła oczekiwania organizatorów. Szczególne znaczenie miała obecność ludzi młodych. Nie dlatego, że jeden pełny stadion oznacza od razu nawrócenie Francji. Oczywiście nie oznacza. Pokazuje natomiast, że rzeczywistość przestała mieścić się w wygodnym schemacie, według którego młodość i katolicyzm mają należeć do dwóch różnych światów.
Stade de France zamiast pustych kościołów
Jednym z najmocniejszych obrazów pielgrzymki było spotkanie na Stade de France. Około 80 tys. młodych ludzi uczestniczyło w czuwaniu, modlitwie i spowiedzi. W Lourdes zgromadziły się kolejne dziesiątki tysięcy pielgrzymów, a papieska obecność w Paryżu przyciągnęła tłumy.
Można oczywiście powiedzieć, że papieska pielgrzymka jest wydarzeniem nadzwyczajnym i nie należy na jej podstawie wyciągać zbyt daleko idących wniosków. To prawda. Tyle że Stade de France nie pojawiło się w społecznej próżni. Znacznie ciekawsze od frekwencji podczas samej wizyty są bowiem przemiany obserwowane we francuskim Kościele już wcześniej. Rośnie liczba katechumenów, w tym ludzi bardzo młodych, którzy przyjmują chrzest nie jako element rodzinnego obyczaju, lecz jako świadomą decyzję.
I właśnie tutaj zaczyna się historia naprawdę interesująca. Przez dziesięciolecia krytycy chrześcijaństwa przedstawiali religijność jako rodzaj społecznego dziedziczenia. Człowiek wierzył, ponieważ wierzyli jego rodzice, chodził do kościoła, ponieważ tak robiło otoczenie, i chrzcił dzieci, ponieważ „zawsze tak było”. Wystarczyło zatem przerwać transmisję kulturową, aby religia stopniowo zanikła. Tymczasem część dzisiejszych francuskich katechumenów wychowała się już po zerwaniu tej transmisji. Nierzadko pochodzą z rodzin, w których religia nie odgrywała istotnej roli. Nie wracają więc do praktyki porzuconej kilka lat wcześniej. Oni chrześcijaństwo dopiero odkrywają. To zasadnicza różnica.
Wiara przestała być konformizmem
W dawnym społeczeństwie można było być katolikiem z przyzwyczajenia. Dziś w dużej części Europy Zachodniej łatwiej być człowiekiem religijnie obojętnym. Paradoksalnie oznacza to, że decyzja młodego Francuza o wejściu do Kościoła może wymagać większej osobistej determinacji niż podobna decyzja jego dziadka kilkadziesiąt lat temu. Wiara przestaje być konformizmem. Staje się wyborem i być może właśnie ten element umykał zwolennikom prostej teorii sekularyzacji. Osłabienie chrześcijaństwa kulturowego nie musi automatycznie oznaczać zaniku religijnych potrzeb człowieka. Można zlikwidować społeczny obowiązek chodzenia do kościoła, ale znacznie trudniej zlikwidować pytania, które prowadziły ludzi do religii przez tysiąclecia.
„Przez dziesięciolecia krytycy chrześcijaństwa przedstawiali religijność jako rodzaj społecznego dziedziczenia. Człowiek wierzył, ponieważ wierzyli jego rodzice, chodził do kościoła, ponieważ tak robiło otoczenie, i chrzcił dzieci, ponieważ „zawsze tak było”. Wystarczyło zatem przerwać transmisję kulturową, aby religia stopniowo zanikła. Tymczasem część dzisiejszych francuskich katechumenów wychowała się już po zerwaniu tej transmisji”.
Nowoczesność potrafi znakomicie odpowiedzieć na pytanie, jak żyć wygodniej. Znacznie gorzej radzi sobie z odpowiedzią na pytanie, po co żyć. I tutaj może znajdować się jedna z przyczyn zjawiska obserwowanego dzisiaj we Francji.
Pokolenie, które dostało wolność, szuka sensu
Młodzi Europejczycy są pierwszymi pokoleniami wychowanymi w rzeczywistości, w której znaczna część dawnych norm przestała być oczywista. Otrzymali ogromną przestrzeń indywidualnego wyboru. Mogą definiować własną drogę życiową znacznie swobodniej niż ich rodzice i dziadkowie.
Jednocześnie coraz częściej mówi się o samotności, kryzysie więzi, problemach z budowaniem trwałych relacji czy poczuciu braku zakorzenienia. Nie sposób wszystkich tych zjawisk sprowadzić do sekularyzacji, tak samo jak byłoby absurdem twierdzić, że religia automatycznie je rozwiązuje. Można jednak postawić pytanie, czy społeczeństwo, które z ogromną energią demontowało stare punkty odniesienia, zdołało stworzyć równie trwałe nowe.
Chrześcijaństwo oferuje coś, czego współczesna kultura indywidualizmu nie zawsze potrafi dać: przynależność do wspólnoty, zakorzenienie w tradycji starszej niż jednostka, wymagania moralne oraz odpowiedź na pytanie o sens wykraczający poza własne „ja”. Dla pokolenia, któremu przez lata tłumaczono przede wszystkim, od czego ma się uwolnić, atrakcyjna może okazać się odpowiedź na zupełnie inne pytanie: do czego warto się zobowiązać?
Notre-Dame jako symbol Francji
Trudno było znaleźć dla tej pielgrzymki bardziej znaczące miejsce niż odbudowana katedra Notre-Dame. Pożar z 2019 roku stał się na całym świecie wydarzeniem wykraczającym poza katastrofę architektoniczną. Obraz płonącej katedry łatwo było odczytać jako metaforę europejskiego kryzysu tożsamości. Oto jeden z najważniejszych symboli chrześcijańskiej Europy płonął w stolicy kraju, który od ponad stu lat konsekwentnie oddziela państwo od religii.
Francuzi Notre-Dame odbudowali. Leon XIV odprawiający nieszpory pod jej sklepieniem stworzył więc obraz o oczywistej symbolice: to, co wydawało się stracone, może zostać odbudowane. Oczywiście odbudowa katedry jest czymś zupełnie innym niż odbudowa wiary. Zabytek można odtworzyć dzięki pieniądzom, technologii i pracy konserwatorów. Żadnego narodu nie da się w ten sposób „zaprogramować” na religijne odrodzenie. Ale symbole mają znaczenie właśnie dlatego, że nie są statystyką. A francuskie statystyki również zaczynają być interesujące.
Nie ma jeszcze żadnej katolickiej rekonkwisty
Największym błędem byłoby teraz ogłoszenie wielkiego powrotu Francji do katolicyzmu. Nic takiego jeszcze nie nastąpiło. Proces sekularyzacji jest głęboki, praktyki religijne pozostają dalekie od poziomu sprzed kilkudziesięciu lat, a francuski Kościół zmaga się z poważnymi problemami, w tym ze skutkami skandali związanych z wykorzystywaniem seksualnym. Sam Leon XIV podczas pielgrzymki nie omijał trudnych tematów.
Nie chodzi więc o triumfalizm, ale o zauważenie pęknięcia w czymś, co przez lata uchodziło niemal za aksjomat. Sekularyzacja miała być nieodwracalna, a każde kolejne pokolenie miało być mniej religijne od poprzedniego. Chrześcijaństwo miało powoli znikać wraz z ludźmi starszymi, ponieważ Europa miała zachować gotyckie katedry, Boże Narodzenie, malarstwo sakralne i Bacha, ale odrzucić religię, która stworzyła znaczną część tej kultury.
Tymczasem część młodych ludzi zaczyna poruszać się w przeciwnym kierunku. Jeszcze nie wiemy, czy jest to początek trwałej zmiany, czy zjawisko ograniczone. Ale już samo jego istnienie powinno skłaniać do ostrożności wszystkich, którzy koniec chrześcijaństwa w Europie ogłaszali jako fakt dokonany.
Europa chciała zachować owoce i odciąć korzenie
Francuski przypadek ma również wymiar szerszy niż religia. Europa od lat prowadzi skomplikowany spór z własną historią. Chce mówić o godności osoby ludzkiej, solidarności, ochronie słabszych, przebaczeniu czy szczególnej wartości każdego życia, ale coraz mniej chętnie przyznaje, jak wielką rolę w ukształtowaniu tych pojęć odegrało chrześcijaństwo. To trochę tak, jakby kontynent chciał zachować owoce drzewa po odcięciu jego korzeni. Przez pewien czas może się to nawet udawać. Pytanie brzmi: jak długo?
„Sekularyzacja miała być nieodwracalna, a każde kolejne pokolenie miało być mniej religijne od poprzedniego. Chrześcijaństwo miało powoli znikać wraz z ludźmi starszymi, ponieważ Europa miała zachować gotyckie katedry, Boże Narodzenie, malarstwo sakralne i Bacha, ale odrzucić religię, która stworzyła znaczną część tej kultury”
Nie chodzi o budowę państwa wyznaniowego ani o cofnięcie Europy do XIX wieku. Chodzi o elementarną uczciwość wobec własnej cywilizacji. Francja bez chrześcijaństwa nadal pozostanie Francją w sensie administracyjnym i geograficznym. Trudno jednak zrozumieć jej kulturę, historię, sztukę, język moralny czy nawet część republikańskich sporów bez świadomości, z czym republika przez dwa stulecia polemizowała.
Najstarsza Córa Kościoła jeszcze nie wróciła. Ale coś się zmieniło
Dlatego pielgrzymka Leona XIV nie powinna być przedstawiana ani jako dowód wielkiej rechrystianizacji Francji, ani jako czterodniowy religijny festiwal bez większego znaczenia. Najciekawsze znajduje się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami.
We Francji istnieje młode pokolenie, które zaczyna interesować się wiarą nie dlatego, że odziedziczyło ją bezrefleksyjnie po rodzicach, lecz dlatego, że samo jej poszukuje. Istnieją młodzi ludzie gotowi publicznie zamanifestować katolicką tożsamość w społeczeństwie, w którym przez lata religijność miała być przede wszystkim sprawą prywatną.
I istnieje Europa, która po dekadach rozstawania się z chrześcijaństwem może odkrywać, że usunięcie religii z życia społecznego nie usunęło pytań, na które religia odpowiadała. Nie wiemy jeszcze, dokąd doprowadzi ten proces, ale być może Francja, która przez lata była symbolem europejskiej sekularyzacji, stanie się także miejscem, w którym jako pierwszym zobaczymy jej granice. Najstarsza Córa Kościoła nie wróciła jeszcze do domu, ale po latach wygląda na to, że część jej dzieci zaczęła pytać o drogę.
Tomasz Marzec

