Donald Tusk zaangażował swój autorytet, ministrowie ruszyli z pomocą, a Kraków i tak powiedział Koalicji Obywatelskiej „nie”. Nie po raz pierwszy okazało się, że polityczna siła premiera nie wystarcza do zapewnienia zwycięstwa jego kandydatowi. Krakowski przypadek pokazuje, że kończy się polityczna wygoda KO i wielkie miasta wcale nie muszą być wierne partyjnemu szyldowi. Co ważne, prawica nie powinna popadać w euforię, ponieważ udział w cudzym zwycięstwie, to jeszcze nie jest zdolność do odsunięcia od władzy Donalda Tuska. Co więcej, Łukasz Gibała to nie jest polityk o poglądach konserwatywnych.
Najpierw krakowianie odwołali Aleksandra Miszalskiego. Później odmówili powierzenia miasta Monice Piątkowskiej, choć za kandydatką KO stanęli najważniejsi politycy obozu rządzącego. Łukasz Gibała uzyskał 62,12 proc. głosów i to jest absolutny nokaut dla protegowanej Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Dla Koalicji Obywatelskiej szczególnie dotkliwa jest sekwencja tych wydarzeń. Referendum stanowiło ocenę urzędującego prezydenta i sposobu zarządzania miastem. Przedterminowe wybory dawały partii możliwość odzyskania inicjatywy, przedstawienia nowej twarzy oraz odcięcia się od błędów poprzednika. Nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu, a ich wynik posłuży teraz opozycji do wieszczenia porażki obozu rządzącego w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
i właśnie tutaj pojawia się problem Donalda Tuska. Premier włączył się do kampanii, która miała przekonać mieszkańców, że nowa kandydatka oznacza nowy początek. Tak, jakby podmiana polityka i kilka zaklęć miało wszystko zmienić. Nie zmieniło, bo wsparcie Tuska, nie odbudowało zaufania. To istotne ograniczenie strategii opartej na personalizacji polityki. Kiedy sukcesy przypisuje się przywódcy, trudno całkowicie oddzielić go od porażek kandydatów, których osobiście wspiera. Nie oznacza to, że Tusk odpowiada za wszystkie błędy krakowskiego samorządu, ale kolejny już raz pokazuje, że jego polityczny autorytet nie wystarczył do ich przezwyciężenia.
Gibała wygrał, bo nie pozwolił zrobić z siebie zakładnika partyjnej wojny
W tej historii jest jednak drugi bohater, którego nie sposób sprowadzić do roli beneficjenta słabości KO. Łukasz Gibała zabiegał o prezydenturę Krakowa przez dwanaście lat. Budował rozpoznawalność, zaplecze i własną markę polityczną. Jego zwycięstwo nie narodziło się w ostatnich tygodniach kampanii. W pierwszej turze uzyskał 36,38 proc. głosów, a w drugiej 62,12 proc. a to oznacza to, że zdołał znacząco poszerzyć poparcie dla swojej osoby.
W tym tkwi istotna różnica między krakowskim rozstrzygnięciem a typowym starciem dwóch partyjnych obozów. Gibała nie musiał przekonywać wszystkich wyborców do jednego światopoglądu. Mógł zabiegać o poparcie ludzi, których łączyła ocena sytuacji w mieście, choć różniły ich sympatie ogólnopolskie.
Dla prawicy jest to ważna obserwacja. Szeroka większość przeciwko kandydatowi KO może powstać również poza strukturami PiS. Nie musi jednak stać się większością prawicową. Wyborcy, którzy wspólnie odrzucili jedną kandydaturę, niekoniecznie poprą ten sam program w wyborach parlamentarnych.
Co do samego Krakowa, to Gibała obejmuje urząd z dużym poparciem, ale bez własnej większości gwarantującej spokojne rządzenie. Sposób układania relacji z radą miasta będzie osobnym sprawdzianem trwałości krakowskiej zmiany.
Wielkie miasta nie są polityczną własnością żadnej partii
Przez lata w polskiej polityce utrwalało się przekonanie, że największe ośrodki miejskie pozostają naturalnym zapleczem liberalnej części sceny politycznej. Wynik Krakowa nie obala tego obrazu w skali kraju, ale podważa jego najbardziej wygodną interpretację: że silne poparcie dla określonego obozu w wyborach ogólnopolskich daje mu trwały mandat do zarządzania miastem.
Samorząd rządzi się innymi prawami. Mieszkańcy rozliczają władzę z transportu, inwestycji, finansów, jakości usług publicznych i codziennych decyzji administracyjnych. Nawet najbardziej rozpoznawalny partyjny patron nie zastąpi odpowiedzi na lokalne zarzuty. W tym sensie Kraków stanowi również ostrzeżenie dla wszystkich politycznych central. Wyborca może popierać partię w Sejmie, a jednocześnie nie chcieć jej przedstawiciela w ratuszu.
Nie oznacza to jeszcze przełomu na krajowej mapie wyborczej. Oznacza natomiast, że lojalność partyjna ma swoje granice, zwłaszcza gdy wyborcy otrzymują rozpoznawalną alternatywę.
Prawica wobec trudniejszego zadania niż pokonanie Tuska
Z perspektywy przyszłorocznych wyborów parlamentarnych krakowskie głosowanie pozostawia kilka istotnych niewiadomych. Pierwsza dotyczy współpracy środowisk prawicowych. Wspólna niechęć do polityki rządu może ułatwiać mobilizację wyborców, lecz nie rozwiązuje sporów pomiędzy PiS, Konfederacją i pozostałymi ugrupowaniami. Inne są ich elektoraty, inne priorytety gospodarcze, a często także odmienne wyobrażenia o państwie. Druga dotyczy kandydatów. Krakowski przykład pokazuje znaczenie wieloletniej pracy, lokalnego zakorzenienia i osobistej wiarygodności. Nie daje natomiast dowodu, że wystarczy wystawić wspólnego kandydata prawicy do Senatu, aby odtworzyć podobny wynik.
Trzecia dotyczy samej Koalicji Obywatelskiej. Utrata prezydentury Krakowa jest politycznie dotkliwa, ale partia zachowuje w mieście struktury i zaplecze. Przedterminowe wybory rozstrzygnęły, kto będzie zarządzał Krakowem przez pozostałą część kadencji, ale nie rozstrzygnęły trwałości preferencji jego mieszkańców. Właśnie dlatego krakowska lekcja jest bardziej złożona, niż sugerują pierwsze powyborcze deklaracje.
Donald Tusk nie zdołał przełożyć osobistego zaangażowania na sukces kandydatki. Prawicowi wyborcy uczestniczyli w zwycięstwie Gibały. Sam zwycięzca zbudował jednak poparcie wykraczające poza jeden obóz.
Kraków nie wskazał Polsce przyszłego zwycięzcy wyborów parlamentarnych. Pokazał coś równie istotnego: nawet silna partia może utracić władzę, gdy jej przeciwnik zbuduje wiarygodną alternatywę. I że do stworzenia takiej alternatywy potrzeba znacznie więcej niż wspólnego przeciwnika.
„Dzisiaj Kraków, jutro cała Polska”
– napisał w mediach społecznościowych były premier Mateusz Morawiecki.
Rzecz w tym, że na dzisiaj jest to myślenie tylko życzeniowe. Nawet złe dla rządu sondaże nie dają dziś powodu do takiego entuzjazmu. Warto jednak, aby prawica odrobiła „krakowską lekcję”, ponieważ można z niej wyciągnąć wiele sensownych wniosków. Nie wszystkie są wygodne.
Robert Bagiński

