PiS nie odzyska większości, jeśli będzie koncentrować się wyłącznie na walce o najbardziej radykalnych wyborców prawicy. Kluczem do wygrania wyborów jest poszerzanie elektoratu, a nie zamykanie się w coraz węższej niszy – przekonuje Marcin Kędryna, dziennikarz, publicysta i były dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Dudy.
Najpierw trzeba zadać sobie pytanie, o co walczymy – o zdolność koalicyjną czy o wyborców. Aby przejść od kandydata na premiera do faktycznego objęcia tego stanowiska, potrzeba przede wszystkim wyborców. Zdolność koalicyjna, moim skromnym zdaniem, wynika głównie z liczby zdobytych głosów, więc to na wyborcach powinniśmy się skupić.
PiS w swojej „czarnkowej” wersji ma jednak problem z poszerzaniem bazy wyborców. Wynika on z tego, że partia czasem słabo rozumie tę grupę. I nie jest to problem nowy. Świetnym przykładem była kampania wyborcza w 2018 roku, a konkretnie pewna scena z Warszawy. Kandydat PiS Patryk Jaki przyjechał na jedno z nowych osiedli – bodaj w Ursusie albo na Białołęce – i przywitał mieszkańców słowami: „Cześć, ja też jestem z osiedli”. Problem polegał na tym, że dla tych ludzi nie było to żadne „osiedle” w sensie społecznym. To były po prostu bloki, a ich czterdziestometrowe mieszkania, spłacane przez kolejne dekady, stanowiły cały życiowy dorobek.
„Oczekiwanie, że w imię jedności mam zaakceptować poglądy kogoś, kto w sprawach ukraińskich mówi językiem bliższym południowoafrykańskim maoistom niż polskiej prawicy, uważam po prostu za przesadę”
Potem Jaki zaczął opowiadać o aferze reprywatyzacyjnej. Był przecież twarzą komisji, która się nią zajmowała. Ale i ten przekaz nie trafiał do mieszkańców. Jeśli ktoś co miesiąc płaci kilka tysięcy złotych raty kredytu za niewielkie mieszkanie na obrzeżach miasta, trudno mu współczuć komuś, kto mieszka w wielkim lokalu w centrum i płaci symboliczny czynsz. W jego poczuciu sprawiedliwości wygląda to zupełnie inaczej. Do tego, jadąc do centrum na kolację czy drinka przy odnowionej ulicy Poznańskiej, widział zaniedbaną kamienicę, której – po decyzjach komisji – nie remontowano. Taki obraz nie budował poparcia dla Patryka Jakiego.
Możemy sobie powtarzać, że w Warszawie nawet worek ziemniaków wygrałby wybory z logo Platformy Obywatelskiej. Ale przecież nie w pierwszej turze. Poza tym pamiętajmy, że tę samą Warszawę potrafił wygrać Lech Kaczyński.
Prawicowy kandydat objeżdżał osiedla i – mówiąc brutalnie – skutecznie przekonywał wyborców do głosowania na swojego rywala. Ten wygrał już w pierwszej turze, praktycznie bez prowadzenia kampanii. Późniejsze doświadczenia pokazują wręcz, że gdyby kampanię prowadził intensywniej, mogłoby mu być trudniej zwyciężyć.
Kampania dla wyborców, których już nie było
Podobnie było w 2023 roku. Kampania również rozbiła się o rzeczywistość wyborców. Rządy PiS stworzyły nową klasę średnią – mieszkańców wsi i małych miast. W 2015 roku tym ludziom obiecano zmianę życia i ta zmiana rzeczywiście nastąpiła. Nie chodzi tylko o program 500+, ale także o wzrost wynagrodzeń, inwestycje lokalne i rozwój infrastruktury. Polski Ład to nie tylko składka zdrowotna. To również tysiące kilometrów dróg, chodników, nowe szkoły i przedszkola. Tymczasem ta nowa klasa średnia dostała kampanię przygotowaną tak, jakby wciąż był 2014 rok. Jakby ich sytuacja w ogóle się nie zmieniła. Nic dziwnego, że zaczęli szukać alternatywy w Konfederacji albo Trzeciej Drodze.
Najsmutniejsze było to, że twarzą kampanii stał się Mateusz Morawiecki, który sprawiał wrażenie, jakby chciał udowodnić, że jest jeszcze bardziej pisowski niż PiS. Oczywiście łatwo dziś spekulować, ale gdyby powtórzył kampanię z 2019 roku i opowiedział tej nowej klasie średniej o przyszłości, być może nadal byłby u władzy.
Dziś mamy zwrot PiS w stronę narracji Przemysława Czarnka. To walka o wyborców, którzy wybrali Konfederację. Problem polega na tym, że nie ma już jednej Konfederacji. Są co najmniej trzy różne środowiska.
PiS w wydaniu Czarnka wybrał przede wszystkim walkę o wyborców Grzegorza Brauna. To błąd z trzech powodów. Po pierwsze – nie jest ich wielu. Po drugie – nie ma żadnej gwarancji, że uda się ich pozyskać. Po trzecie – taka strategia odstrasza znacznie większą grupę umiarkowanych wyborców. Trudno zbudować większość parlamentarną, konkurując z politycznym ekstremizmem. W pogoni za wyborcami Brauna PiS nie zauważył, że pozostałe środowiska Konfederacji – związane ze Sławomirem Mentzenem i Krzysztofem Bosakiem – są dziś przez wyborców centrum postrzegane jako bardziej umiarkowane niż partia Przemysława Czarnka.
Widać to w sondażach. Wynika to także z badań fokusowych. A sam profesor Czarnek z każdym miesiącem zaostrza przekaz – zapewne dlatego, że dotychczasowa strategia nie przynosi oczekiwanych efektów. Jak wiadomo, jeśli coś nie działa, najłatwiej robić tego jeszcze więcej.
Teza, że partnera koalicyjnego można szukać wyłącznie na prawo od PiS, jest błędna. Bo po tej stronie został właściwie tylko Grzegorz Braun. A Braun nie wejdzie do koalicji, bo nie walczy o władzę. Jego wyborcy również nie kierują się logiką zdobywania władzy.
Prawdziwe życie polityczne toczy się dziś na lewo od PiS. Widać to choćby w środowisku Strong Together, gdzie od dawna przepracowano możliwość sojuszu Donalda Tuska ze Sławomirem Mentzenem. Dla wielu uczestników tej debaty taki scenariusz nie jest już politycznym tabu.
Na końcu pozostaje jeszcze fetysz jedności. Jedność na rok przed wyborami ma wartość co najmniej dyskusyjną. Pokazują to choćby sondaże Konfederacji, której wewnętrzne zróżnicowanie pozwala docierać do szerszych grup wyborców. I dlatego oczekiwanie, że w imię jedności mam zaakceptować poglądy kogoś, kto w sprawach ukraińskich mówi językiem bliższym południowoafrykańskim maoistom niż polskiej prawicy, uważam po prostu za przesadę.

