Polska była pierwszym krajem, który rzucił Ukrainie koło ratunkowe, ryzykując własne bezpieczeństwo i otwierając domy dla milionów uchodźców. Tymczasem najnowsze badania opinii publicznej z końca 2025 roku przynoszą gorzką pigułkę dla polskiego społeczeństwa: Ukraińcy wyżej oceniają pomoc militarną i humanitarną Niemiec niż Polski.
Wyniki badania „Polska i Polacy oczami Ukraińców” będą dla wielu Polaków trudne do przyjęcia i z pewnością nie polepszą relacji między Polską i Ukrainą. Będą też miały swoje odzwierciedlenie w sondażach poparcia dla partii politycznej, dodając kolejnych oczek Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Efekt skali czy efekt marketingu?
Z raportu Centrum Mieroszewskiego wyłania się obraz, który w Polsce musi budzić poczucie głębokiego rozczarowania. Na pytanie o państwo europejskie, które najbardziej pomaga wojskowo, zaledwie 14 proc. Ukraińców wskazało na Polskę. Dla porównania: Niemcy uzyskały 29 proc., a Wielka Brytania 32 proc. Jeszcze bardziej uderzające są dane dotyczące pomocy humanitarnej, ponieważ tu również Berlin (25 proc.) wyprzedził Warszawę (23 proc.).
Jak to możliwe, że kraj, który w lutym 2022 roku jako pierwszy przekazał setki czołgów, podczas gdy Berlin debatował nad wysyłką pięciu tysięcy hełmów, dziś znajduje się w rankingu wdzięczności za plecami Niemiec? Odpowiedź kryje się częściowo w słowach Bartosza Cichockiego, byłego ambasadora RP w Kijowie: „Niemcy są mistrzami świata w autopromocji”. Podczas gdy Polska zaangażowała się w pomoc emocjonalnie i natychmiastowo, co dyplomata nazywa „sprintem”, Berlin przyjął strategię „maratonu”, dawkując wsparcie i dbając o to, by każda dostawa była medialnym wydarzeniem.
Te liczby nie są tylko sondażową ciekawostką. Są sygnałem poważnego problemu: rozjazdu między rzeczywistą skalą polskiego zaangażowania a jego międzynarodowym odbiorem. I to problemu, który narasta od miesięcy.
Dyplomatyczny paradoks: Pomagamy mimo sceptycyzmu
Co istotne, polskie poparcie dla Ukrainy pozostaje stabilne i ponadpartyjne, mimo że nastroje społeczne stają się coraz bardziej złożone. Z ubiegłorocznych badań organizacji „More in Common” wynika, że aż 65 proc. Polaków chce wspierać Kijów nawet w scenariuszu, w którym Stany Zjednoczone wycofałyby swoje wsparcie. To wynik wyższy niż we Francji (57 proc.) czy samych Niemczech (54 proc.), gdzie opór wobec dalszego finansowania wojny jest znacznie silniejszy.
Jednak ta bezinteresowność zaczyna być podszyta poczuciem niedocenienia. Podczas grudniowego spotkania prezydenta Karola Nawrockiego z Wołodymyrem Zełenskim w Warszawie, polski przywódca wprost wyartykułował to, co czuje ulica: Polacy mają prawo uważać, że ich gigantyczny wysiłek nie został należycie zrozumiany przez ukraińskie elity. Nawrocki przypomniał o ciągłości polskiej polityki: od ostrzeżeń Lecha Kaczyńskiego, przez natychmiastowe działanie Andrzeja Dudy, aż po obecne wsparcie, podkreślając, że Polska działa wbrew kunktatorstwu części Zachodu.
Niemiecki PR kontra polskie wyczerpanie
Należy uczciwie wskazać na przyczyny techniczne. Polskie zasoby, w przeciwieństwie do niemieckich, mają swoje granice. Nasz przemysł obronny nie dysponuje takimi mocami przerobowymi jak koncerny zza Odry. Niemcy, dysponując gigantycznym kapitałem, weszły do gry w momencie, gdy polskie magazyny były już mocno nadwyrężone.
Współczesna Ukraina, zorientowana na szybką modernizację i wejście do struktur zachodnich, patrzy na Niemcy jako na głównego donatora finansowego i technologicznego. Ukraina orientuje się na Niemcy również z powodów politycznych, uważając, że bez ich zgody nie uda się wejść „na skróty” do Unii Europejskiej. Polska, która wykonała „brudną robotę” w najkrytyczniejszych miesiącach wojny, zdaje się być postrzegana jako partner oczywisty, a przez to – paradoksalnie – mniej doceniany.
Wnioski na przyszłość, czyli czas na politykę realizmu
Relacje polsko-ukraińskie wchodzą w fazę dojrzałą, co oznacza odejście od romantycznego zrywu na rzecz twardej polityki interesów. Skoro Ukraińcy wyżej oceniają PR-owe działania Berlina, Polska musi wyciągnąć z tego lekcję. Pomoc nie może być „cicha”. Fakt, że prezydent Zełenski podczas wizyty w Warszawie zapewniał o wdzięczności i „pozytywnie” odebrał trudne rozmowy o nastrojach społecznych, jest dobrym sygnałem, ale to tylko słowa. Ukraińcy nie są wiarygodnym partnerem, podobnie zresztą jak ci, których uważają za swoich głównych przyjaciół, czyli Niemcy.
Robert Bagiński

