Pracownicy muszą przełknąć kolejne gorzkie pigułki, które serwuje im rząd Donalda Tuska. Jego decyzja o wycofaniu reformy Państwowej Inspekcji Pracy nie jest tylko kapitulacją wobec lobby pracodawców, ale momentem w którym opowieść o „państwie wrażliwym społecznie” zderzyła się z rzeczywistością liberalnej władzy. Śmieciówki, przez lata symbol patologii rynku pracy, są kolejną złamaną obietnicą tego rządu. I pierwszym poważnym pęknięciem w koalicji, która miała „przywracać sprawiedliwość”.
Projekt wzmocnienia Państwowej Inspekcji Pracy był sztandarową propozycją lewicy dla jej wyborców. Przygotowane przepisy miały zmienić układ sił między pracownikiem a pracodawcą. Dawał inspektorom PIP prawo do administracyjnego przekształcania umów cywilnoprawnych w umowy o pracę tam, gdzie faktycznie istnieje stosunek pracy. Decyzja wchodziłaby w życie natychmiast, z prawem odwołania po stronie firmy.
To nie była rewolucja ideologiczna, lecz korekta oczywistej niesprawiedliwości: dziś ciężar dowodu spoczywa na pracowniku, który latami musi walczyć w sądzie, by udowodnić, że „zlecenie” było etatem. Reforma miała ten mechanizm odwrócić. I właśnie dlatego została zablokowana.
Tusk: „przesadna władza urzędników”
Premier Donald Tusk uzasadnił swoją decyzję troską o przedsiębiorców. Mówił o ryzyku „przesadnej władzy urzędników” oraz o zagrożeniu dla miejsc pracy. W Paryżu, po spotkaniu tzw. „koalicji chętnych”, odniósł się do medialnych doniesień o sporze w rządzie, stwierdzając, że w „wersji skrajnej” przekształcanie umów cywilnoprawnych w umowy o pracę „odbywałoby się bez pytania o zgodę i akceptację zarówno pracodawcy, jak i pracobiorcy”.
Tyle tylko, że to nieprawda, a sam projekt uzyskał wcześniej akceptację rządowych gremiów. Wycofany został w trybie pilnym i bez uzasadnienia, co szczególnie zirytowało polityków lewicy, ponieważ pracowała nad nim minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Pewnie dlatego była w ostatnim czasie przedmiotem ataków ze strony sprzyjających premierowi mediów, które zarzucały jej nieuzasadnione wydatki na promocję w związku z wolną Wigilią. Przecieki nie były przypadkowe, ale zadziałały – minister Dziemianowicz-Bąk milczy jak grób.
Jest też inny aspekt tej sprawy. Wycofanie reformy PIP uderza w sam środek rządowej narracji o kryzysie demograficznym, bo brak stabilności zatrudnienia, brak płatnych urlopów i brak realnych zabezpieczeń w razie choroby czy ciąży, to najsilniejsze czynniki odkładania decyzji o dziecku. Rząd mówi o dzietności, ale akceptuje model pracy, który czyni rodzicielstwo ryzykiem finansowym.
Czarzasty stawia granicę. Koalicja wchodzi w fazę konfliktu
Decyzja Tuska wywołała otwartą reakcję Lewicy. Włodzimierz Czarzasty na antenie Radio Zet nie pozostawił wątpliwości, że nie zamierza odpuścić, a sprzeciw premiera nie robi na nim wrażenia. Trudno się dziwić takiej postawie, ponieważ po dwóch latach współuczestniczenia w koalicji z KO, lewica nie ma żadnych sukcesów z którymi mogłaby pójść do wyborów w 2027. Sprawa umów śmieciowych mogła być tematem, który dałby jej sporo dodatkowych punktów wśród ludzi młodych i w średnim wieku.
Lewica w Polsce na pewno nie zgodzi się na dalszy kształt funkcjonowania umów śmieciowych i będziemy dążyli, by zlikwidować umowy śmieciowe
– powiedział marszałek Czarzasty.
Podkreślił też, że zwiększenie uprawnień PIP ma „duże poparcie w społeczeństwie” i wyliczał konkretne prawa odbierane pracownikom: urlop, zwolnienie lekarskie, urlopy macierzyńskie, ochronę przed zwolnieniem z dnia na dzień.
To moment istotny politycznie. Po raz pierwszy Lewica publicznie zakwestionowała kierunek wyznaczany przez premiera, a nie tylko szczegóły legislacyjne. Śmieciówki stały się osią sporu o to, czy koalicja ma charakter społeczny, czy wyłącznie liberalno-technokratyczny. Wątpliwe jednak, czy postawa Czarzastego zrobi jakiekolwiek wrażenie na Tusku. Jest przekonany, że konflikt szybko uda się zneutralizować, bo Lewica nie cieszy się w sondażach szczególnie dobrym poparciem, a reforma PIP umrze śmiercią administracyjną – zostanie odesłana do resortu, bez terminu i jakiejkolwiek decyzji do końca kadencji.
Kto wygrał tę rundę
Zwycięzcy całego konfliktu są oczywiści i z pewnością odpłacą się za to KO. Są to duże firmy i organizacje pracodawców, które od początku ostrzegały przed wzmocnieniem PIP. Przegrani są pracownicy na umowach cywilnoprawnych, młodzi ludzie odkładający decyzje życiowe, związki zawodowe, ale też – zresztą i tak nikt w nią już nie wierzył – cała narracja o „społecznej zmianie”.
Donald Tusk po raz kolejny pokazał, że w sytuacji konfliktu interesów zawsze wybiera stabilność systemu, a nie korektę jego patologii. To wybór polityczny, nie techniczny. I wybór, który będzie wracał w tej kadencji – bo spór o śmieciówki nie zniknie.

