To państwo już dawno przestało być normalne. Wolność słowa, wyznania i prawo do głoszenia poglądów coraz częściej traktowane są tam jak zagrożenie, które należy tłumić jeszcze zanim zdąży wybrzmieć. Zaczęło się od szczytnych haseł o ochronie dzieci i walce z „mową nienawiści”, skończyło na aresztowaniach za cichą modlitwę pod klinikami aborcyjnymi oraz czarnych listach dla zagranicznych polityków. Wielka Brytania, niegdyś kolebka Magna Carta i symbol liberalnej demokracji, coraz bardziej przypomina orwellowskie państwo nadzoru.
Przypadek Sławomira Mentzena jest tylko kolejnym sygnałem alarmowym w kraju, gdzie każdego dnia dziesiątki ludzi trafiają w orbitę policyjnych postępowań za „niewłaściwe” słowa. Fundamentem tej transformacji stał się osławiony Online Safety Act, czyli legislacyjny potwór zrodzony z moralnej paniki. Oficjalny cel brzmiał szlachetnie i miało chodzić o ochronę dzieci przed pornografią, przemocą i treściami promującymi samookaleczenia. W praktyce jednak ustawa coraz częściej działa jak narzędzie kontroli społecznej, które pod pretekstem bezpieczeństwa ogranicza otwartą debatę oraz ułatwia ściganie osób o niepożądanych poglądach.
„Oficjalny cel brzmiał szlachetnie i miało chodzić o ochronę dzieci przed pornografią, przemocą i treściami promującymi samookaleczenia(…). Szybko się okazało, że nie chodziło o bezpieczeństwo dzieci, lecz klasyczny „efekt mrożący”, w którym strach przed sankcjami staje się skuteczniejszym narzędziem cenzury, niż jakikolwiek państwowy urząd”.
Lord Toby Young alarmował niedawno, że przepisy są napisane tak szeroko i nieprecyzyjnie, iż cyfrowi giganci wolą usuwać na zapas wszystko, co może zostać uznane za „kontrowersyjne”. Powód jest bardzo prosty – za zignorowanie przepisów, grożą im gigantyczne kary finansowe, a nawet odpowiedzialność karna dla menedżerów platform. Efekty przyszły błyskawicznie, ponieważ z sieci zaczęły znikać analizy społeczne, komentarze polityczne oraz treści odbiegające od obowiązującego konsensusu. Szybko się okazało, że nie chodziło o bezpieczeństwo dzieci, lecz klasyczny „efekt mrożący”, w którym strach przed sankcjami staje się skuteczniejszym narzędziem cenzury, niż jakikolwiek państwowy urząd.
Mentzen nie był pierwszy, wcześniej zatrzymano Ziemkiewicza
Dane przytaczane przez Toby Young powinny budzić poważny niepokój. W Wielkiej Brytanii każdego dnia dochodzi średnio do około 30 zatrzymań związanych z tzw. przestępstwami słownymi. Równolegle policja od lat tworzy gigantyczne bazy danych dotyczące tzw. „non-crime hate incidents” tj. „nienawistnych incydentów”, które formalnie nie stanowią żadnego przestępstwa. Mimo to do policyjnych kartotek trafiły już setki tysięcy wpisów dotyczących obywateli oskarżanych choćby o krytykę polityki migracyjnej czy ideologii gender. W praktyce oznacza to tworzenie systemu prewencyjnego nadzoru nad poglądami obywateli.
To, co spotkało Sławomira Mentzena, do złudzenia przypomina historię Rafała Ziemkiewicza z 2021 roku. Publicysta został wówczas zatrzymany na lotnisku Heathrow, poddany rewizji osobistej i deportowany z Wielkiej Brytanii. Uzasadnienie przedstawione przez brytyjskie Home Office brzmiało bardziej jak polityczny akt potępienia niż decyzja demokratycznego państwa prawa.
Ekskluzywność pańskich poglądów sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami
– uzasadniono decyzję.
Ziemkiewicz nie krył oburzenia, oskarżając Londyn o stosowanie „stalinowskich metod” i zniesławienie. Dziś Mentzen mówi to samo.
Brytyjczycy bali się, że będę przemawiał na jakimś spotkaniu politycznym, na które nawet się nie wybierałem
– napisał na platformie X.
To pokazuje, że na Wyspach panuje już cenzura prewencyjna – nie trzeba niczego powiedzieć, wystarczy, że służby „oznaczą” kogoś jako osobę o niebezpiecznych poglądach.
Myślozbrodnia stałą się faktem
Jednym z najbardziej szokujących symboli erozji brytyjskich swobód obywatelskich stała się sprawa Isabel Vaughan-Spruce. Katolicka aktywistka została zatrzymana przez policję za to, że stała w milczeniu w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie protestowała, nie wygłaszała haseł, nie trzymała transparentów. W pewnym momencie funkcjonariusz zapytał ją wprost: „Czy modli się pani w myślach?”. Gdy odpowiedziała twierdząco, została zakuta w kajdanki.
„Policja od lat tworzy gigantyczne bazy danych dotyczące tzw. „non-crime hate incidents” tj. „nienawistnych incydentów”, które formalnie nie stanowią żadnego przestępstwa. Mimo to do policyjnych kartotek trafiły już setki tysięcy wpisów dotyczących obywateli„.
To sceny, które jeszcze niedawno wydawały się literacką dystopią rodem z Orwellowskiego „Rok 1984”, a dziś stają się elementem rzeczywistości państwa przedstawiającego się światu jako wzór liberalnej demokracji. Wtedy, sprawa odbiła się szerokim echem także za oceanem. W oficjalnym raporcie amerykańskiej United States Commission on International Religious Freedom (USCIRF) Wielką Brytanię skrytykowano za działania wymierzone w osoby pokojowo wyrażające swoje przekonania religijne. Dzisiaj chyba wszyscy już przywykli, a totalitarne metody lewicowo-liberalnego rządu stały się standardem w Wielkiej Brytanii.
Upadek bastionu
Wielka Brytania coraz bardziej przypomina dziś państwo, w którym aparat ścigania i służby graniczne stają się narzędziem ideologicznej presji. Granica między walką z realnymi przestępstwami, a zwalczaniem politycznych i światopoglądowych oponentów, zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Bo jeśli obywatel może zostać zatrzymany za pokojowo wyrażane poglądy, milczącą modlitwę czy niewygłoszone jeszcze słowa, to znaczy, że fundament liberalnej wolności został poważnie naruszony.
„Katolicka aktywistka została zatrzymana przez policję za to, że stała w milczeniu w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie protestowała, nie wygłaszała haseł, nie trzymała transparentów. W pewnym momencie funkcjonariusz zapytał ją wprost: „Czy modli się pani w myślach?”. Gdy odpowiedziała twierdząco, została zakuta w kajdanki”.
Sprawa Sławomira Mentzena wywołała w Polsce ponadpartyjny niepokój – i trudno się temu dziwić. Problem polega jednak na tym, że podobne tendencje coraz wyraźniej widać także na kontynencie. Pod pretekstem walki z „dezinformacją”, „mową nienawiści” czy „bezpieczeństwem cyfrowym”, europejskie instytucje coraz śmielej sięgają po instrumenty pozwalające ograniczać zasięgi niewygodnych treści i wywierać presję na platformy społecznościowe.
Także w Polsce pojawiały się już projekty legislacyjne, które mogłyby stworzyć podstawy do arbitralnego ścigania wypowiedzi uznanych za niepożądane politycznie lub ideologicznie. Historia brytyjska pokazuje bowiem jedno: mechanizmy ograniczania wolności słowa niemal zawsze rodzą się pod hasłami bezpieczeństwa i ochrony obywateli.

