Podpis prezydenta powinien działać jak rygiel bezpieczeństwa i chronić państwo przed bezprawiem, legislacyjną nonszalancją oraz wszelkimi wariactwami, które mogłyby trafić do ustaw, gdyby sejmową większość tworzyli ludzie obojętni na los Rzeczypospolitej. Historia pokazuje jednak, że bywało z tym różnie. Niestety także w czasie prezydentury Andrzeja Dudy.
Profesor Jan Majchrowski w najnowszej audycji „Prawo Cytatu” w Radio WNET, dokonuje bezlitosnej analizy tej postawy, pokazując, że gdy strażnik Konstytucji milczy albo własnym podpisem legitymizuje absurdy, rachunek zawsze wystawiany jest państwu.
Legislacyjny pasztet pod prezydencką pieczęcią
Były sędzia Sądu Najwyższego, a obecnie sędzia Trybunału Stanu, w swojej błyskotliwej analizie nie gryzie się w język. To zresztą jego znak rozpoznawczy jeszcze z czasów, gdy robił karierę jako wiceminister, a później jako wojewoda lubuski.
Tym razem wziął pod lupę nowelizację Kodeksu pracy, która pod rygorem wysokich kar finansowych wprowadza tzw. „neutralność płciową” w ogłoszeniach o pracę. Rzecz, która na początku roku wzbudziła wiele emocji. A przecież ustawę w tej sprawie podpisał „konserwatywny” prezydent Andrzej Duda.
Profesor Majchrowski nie bierze jeńców i definiuje sytuację krótko i lapidarnie, choć posługując się cytatem z Jarosława Kaczyńskiego:
„To jest po prostu czyste wariactwo i to wariactwo się wprowadza. (…) To są wszystko objawy po prostu choroby umysłowej”.
Majchrowski z gorzką ironią punktuje konsekwencje tej legislacji, cytując internautów, którzy „postępowo” przepisują polską klasykę na np. „Osoby w kryzysie dziadostwa”, zamiast „Dziadów” Adama Mickiewicza. To jednak śmiech przez łzy, bo chociaż nauka radziecka zna większe absurdy, to za tymi żartami i memami kryje się dramat państwa, w którym prawo stało się narzędziem inżynierii społecznej. Co jeszcze smutniejsze, stało się tak za wiedzą i zgodą byłego lokatora Pałacu Prezydenckiego.
106 złotych za powagę państwa
Najciekawszy i najbardziej miażdżący moment audycji następuje wtedy, gdy Jan Majchrowski omawia nowelizację Kodeksu pracy w kontekście podpisu, jaki złożył pod nią właśnie Andrzej Duda. Profesor zadaje pytanie pozornie błahe, lecz w istocie fundamentalne: ile wart jest dziś prezydencki podpis, skoro tym samym piórem sygnowano taką ustawę? Odpowiedzi szuka w sposób przewrotny, sięgając po autobiografię Dudy pt. „To ja, Andrzej Duda” i zestawiając jej rynkową cenę z politycznym „ciężarem” prezydenckiej decyzji.
Podpis prezydenta: ile jest wart? To zależy. Podpis prezydenta Andrzeja Dudy na książce „To ja, Andrzej Duda” jest łatwy do wycenienia. Książka bez podpisu kosztuje 99 zł. Z podpisem widziałem oferty za 205 zł. Jak łatwo obliczyć, podpis sam w sobie jest wart 106 zł. No, to chyba niezbyt dużo
– mówił na antenie Radia WNET profesor.
Ta matematyczna złośliwość służy Majchrowskiemu do postawienia fundamentalnego pytania: czy podpis, który na Allegro lub OLX wart jest tyle, co lepszy obiad, może jeszcze stanowić realną barierę dla walca legislacyjnego? Profesor sugeruje, że ta niska „cena rynkowa” idzie w parze z niską „ceną polityczną”, jaką Andrzej Duda wystawiał za swoją zgodę na wątpliwe prawo. Co znamienne, z wypowiedzi profesora nie emanuje żaden szczególny podziw dla prezydentury Dudy. I trudno się dziwić, bo o ile autor tej błyskotliwej analizy wielokrotnie wykazywał się osobistą odwagą, zwłaszcza w czasie orzekania w Sądzie Najwyższym, to eksprezydentowi tej odwagi często brakowało. Konsekwencje tego odczuwamy zresztą do dziś.
Milczenie nad szarym kubkiem
Publicysta Radia WNETnie poprzestaje jednak na ogólnej ocenie i sięga po konkretny przykład. W swoim wywodzie nawiązuje do wywiadu, jakiego Duda udzielił Bogdanowi Rymanowskiemu. To tam, skonfrontowany z faktem podpisania ustawy o „płciowym wariactwie”, były już prezydent dokonał swoistej autodemaskacji. Jan Majchrowski z niemal sędziowską surowością opisuje tę scenę:
„Prezydent Duda sięga po kubek… i w sensie dosłownym nabiera wody w usta. (…) A potem mówi: „Uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda„.
Był czas, gdy wielu kręciło nosem, ale otwarta krytyka Andrzeja Dudy jako prezydenta uchodziła za niestosowną. To były lata, w których milczenie uznawano za złoto, a Duda wydawał się być ostatnią redutą przed liberalizmem i ofensywą walczącego lewactwa. Przykład nowelizacji Kodeksu pracy pokazuje jednak, że była to wiara na wyrost.
Dla Jana Majchrowskiego wyznanie byłego prezydenta z podcastu Bogdana Rymanowskiego ostatecznie grzebie mit Andrzej Duday jako niezależnego arbitra. Profesor zauważa bowiem, że strażnik Konstytucji nie może być rzetelny „wybiórczo”.
Podpis prezydenta dużo może kosztować nas wszystkich, jeśli jest złożony pod niewłaściwą ustawą. (…) Jako strażnik Konstytucji, jeżeli uważa, że coś jest niekonstytucyjne, to nie powinien tego podpisywać!
– skonstatował profesor.
Między nartami a racją stanu
Majchrowski przypomina początek kadencji Dudy. Czas wielkich nadziei, gdy słowa o naprawie Rzeczypospolitej sprawiały, że „dreszcze przechodziły po plecach”. Ten obraz zestawia z „milczeniem prezydenta” w chwilach najcięższych prób państwa: szturmu na media publiczne czy wejścia służb do Pałacu pod jego nieobecność.
W tym czasie widziałem komentarze dotyczące igrzysk paraolimpijskich. (…) Może to była rzeczywista pasja, bo nasz były prezydent znakomicie chociażby jeździ na nartach, cośmy wszyscy widzieli
– dworuje w swojej audycji z byłego prezydenta, prof. Jan Majchrowski.
Ta uwaga o nartach jest metaforą ucieczki od odpowiedzialności. Andrzej Duda wielokrotnie w trakcie swojej prezydentury pokazywał, że potrafi być twardy wobec własnego obozu politycznego, gdy jednak drżały fundamenty państwa na skutek działań liberałów, lewicy czy sędziów z komunistyczną przeszłością, często wybierał rolę kibica, a nawet, używając określenia Merthonowskiego, „współwinnego widza”. Tak było choćby w czasie kryzysu wokół Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, gdy Jan Majchrowski zachował się tak, jak należało, a Andrzej Duda wraz z Zbigniew Ziobro – już nie.
Nowa era, czyli powrót do rzetelności
Audycja profesora kończy się jednak akcentem optymistycznym, wynikającym z porównania z obecnym prezydentem, Karolem Nawrockim. Majchrowski z satysfakcją zauważa, że nastał czas prezydenta, który nie daje się terroryzować moralnie szantażem „dobrych intencji”.
Karol Nawrocki powiedział niedawno, że on będzie wetował takie ustawy i żeby takich wrzutek mu nie robić
– spuentował profesor.
Konkluzja Jana Majchrowskiego jest surowa: wartość podpisu Andrzeja Dudy okazała się bolesną metaforą całej jego prezydentury. Była to epoka sygnowania absurdów w imię zasady „nieblokowania wszystkiego”. Majchrowski, przywołując… Leszek Millera, puentuje: mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Andrzej Duda kończy przy szarym kubku z wodą, podczas gdy polskie prawo, opatrzone jego własną pieczęcią, osunęło się w kryzys, z którego dopiero teraz, dzięki rzetelniejszemu podejściu nowego prezydenta, zaczynamy się wydobywać.
Robert Bagiński
LINK DO AUDYCJI:
https://youtu.be/TtG_bVy1UZM?si=8T0i00D7j8o1WyfD via @YouTube

