W polskiej polityce, w której sporów i awantur nie brakuje, ostatnie wypowiedzi Włodzimierza Czarzastego mogłyby przejść bez większego echa. Tym razem jest jednak inaczej. Zapalnikiem jego nerwowej aktywności nie stała się bieżąca gra partyjna, lecz strach – przed historią, przed pamięcią i przed słowami, które nagle przestały być tabu. Mocne wystąpienie prezydenta Karola Nawrockiego w rocznicę 13 grudnia po raz kolejny wytrąciło postkomunistów z politycznego komfortu.
Czarzasty zareagował gwałtownie nie dlatego, że usłyszał atak, lecz dlatego, że ktoś wreszcie nazwał system, z którego sam wyrósł. Prezydent Nawrocki lapidarnie wyznaczył im miejsce w szeregu, które znów zaczęli opuszczać, jakby nie odpowiadali za to, co miało miejsce przed 1989 rokiem.
Co naprawdę zabolało marszałka
Kluczem były słowa Karola Nawrockiego. Prezydenckie wystąpienie w rocznicę stanu wojennego nie było osobistą napaścią na Włodzimierza Czarzastego. Zresztą, nie padło w nim jego nazwisko. A jednak to właśnie marszałek Sejmu poczuł się wywołany do tablicy.
Postkomuniści z marginalnym poparciem społecznym za sprawą politycznych i partyjnych układanek dostają najważniejsze funkcje w państwie polskim(…). Bohaterowie naszej wolności żyją często gorzej niż ci, którzy chcieli nas zniewolić
– mówił prezydent Nawrocki.
To zdania, które uderzają nie w jedną osobę, lecz w całą logikę III RP – logikę, w której dawni aparatczycy i ich środowiska nie tylko przetrwali, ale nauczyli się doskonale funkcjonować w nowym ustroju, bez skruchy i bez rozliczeń. Po 30 latach byli przekonani, że nikt im już nic nie przypomni, a oni – choć już u schyłku aktywności politycznej – nadal będą mogli obejmować najważniejsze funkcje w państwie.
Czarzasty: „Będę z Nawrockim walczył”
Nie dziwi, że słowa prezydenta nie spodobały się w obozie postkomunistów. Reakcja marszałka Czarzastego była natychmiastowa i oczywiście agresywna.
„Będę z Nawrockim walczył!”
„Nawrocki rozumie tylko język siły”
„Będzie weto za weto, wet za wet”
– powtarza od niedzieli przy różnych okazjach Czarzasty.
To nie jest język konstytucyjnej równowagi władz, ale język konfrontacji, który bardziej przypomina politykę ulicy niż odpowiedzialność drugiej osoby w państwie. Marszałek Sejmu, zamiast studzić emocje i pilnować instytucjonalnych ram sporu, sam sięga po retoryczną pałkę.
Dlaczego właśnie teraz?
Bo Włodzimierz Czarzasty jest dziś politykiem bez realnego zaplecza społecznego, ale z istotnym w polskim systemie stanowiskiem. Jego formacja w sondażach balansuje na granicy progu wyborczego lub pod nim. Lewica została zmarginalizowana przez Donalda Tuska i przestała narzucać tematy. Zostało jej jedno narzędzie: konflikt z silniejszym graczem.
Inaczej mówiąc, atak na prezydenta Nawrockiego to próba odbudowy znaczenia przez kontrast. Im ostrzejszy spór, tym większa widoczność. Problem w tym, że ta strategia działa tylko krótkoterminowo, a kosztuje bardzo dużo wizerunkowo. rzecz w tym, że postkomuniści rzadko kiedy kierowali się interesem państwa, a znacznie częściej interesem osobistym. Wbrew pozorom, tak było nawet wówczas, gdy w latach 90-ych stali się zwolennikami wejścia Polski do NATO, a potem Unii Europejskiej. Nie myśleli wtedy o Polsce, ale o sposobach odcięcia się od okresu sprzed 1989 roku.
Cień przeszłości, który nie znika
Czarzasty od lat jest symbolem środowiska, które najlepiej poradziło sobie z transformacją ustrojową. Nie przez ideową ewolucję, lecz przez sprawne odnalezienie się w nowym układzie. Wydawnictwo „Muza”, afera Rywina, bliskie relacje świata polityki i biznesu – to wszystko nie jest „zamkniętym rozdziałem”, lecz kontekstem, który wraca zawsze wtedy, gdy pada słowo „rozliczenie”.
Dlatego prezydenckie hasło „Precz z komuną” działa jak wyzwalacz. Ono im doskwiera i burzy narrację o lewicowych, postępowych i prodemokratycznych Europejczykach. Paradoks Czarzastego polega na tym, że formalnie jest drugą osobą w państwie, a jednocześnie w ostatnich wyborach ledwie uzyskał mandat poselski, startując z pierwszego miejsca. To nie społeczna fala wyniosła go na szczyt, lecz arytmetyka sejmowa i koalicyjne układanki.
Dlatego jego reakcja na słowa prezydenta nie była spokojna. Była nerwowa. Bo łatwiej krzyczeć o „stadionowej endecji”, niż zmierzyć się z pytaniem o własną biografię polityczną i system, który ją umożliwił.
Spór większy niż personalny
Ten konflikt nie jest osobistą wojną marszałka Czarzastego z prezydentem Nawrockim. To spór o to, czy po 35 latach wolnej Polski wciąż obowiązuje niepisana zasada milczenia o przeszłości, czy też wolno wreszcie nazwać rzeczy po imieniu. Marszałek Sejmu wybrał konfrontację. Prezydent – narrację o pamięci i sprawiedliwości. Historia pokazuje, że w długim biegu, to druga strategia ma większą siłę rażenia. Tego boją się postkomuniści, którzy chcą być zapamiętani jako „zasłużeni politycy” w wolnej Polsce, a nie aparatczycy w okresie komunizmu…

