Wojna nie musi zacząć się od kolumn rosyjskich czołgów jadących na Warszawę. Może przyjść znacznie ciszej: rakietą, która „przypadkiem” spadnie po polskiej stronie granicy, sabotażem infrastruktury, podpaleniem, cyberatakiem, próbą wywołania paniki. A jeśli przeciwnik uzna, że NATO nie odpowie zdecydowanie – kolejnym krokiem może być próba oderwania fragmentu terytorium państwa Sojuszu. Rozmowa dziennikarza Kanału Zero z Grzegorza Sroczyńskiego z kpt. rez. Maciejem Lisowskim jest momentami brutalna, miejscami kontrowersyjna, ale odsłania problem znacznie poważniejszy niż kolejna dyskusja o liczbie czołgów.
Lisowski nie jest katastrofistą przepowiadającym rosyjskie czołgi nad Wisłą za kilka tygodni. Przeciwnie, uważa, że dopóki broni się Ukraina, klasyczna rosyjska inwazja na Polskę pozostaje scenariuszem mało realnym. Znacznie poważniej traktuje jednak próbę przetestowania NATO na jego najsłabszym odcinku, a więc w państwach bałtyckich, albo stopniową eskalację działań hybrydowych wymierzonych również w Polskę.
Rosja nie musi zdobyć Warszawy
Polacy wyobrażają sobie wojnę przez filtr XX wieku. W ich wyobrażeniach, to przede wszystkim napaść na granicę, jadące czołgi i nadlatujące samoloty, a także powszechna mobilizacja. Tymczasem rosyjska strategia może być znacznie bardziej cyniczna i posuwać się o centymetr dalej, niż Zachód gotów jest zaakceptować, a następnie obserwować reakcję.
Lisowski przewiduje, że najpierw mogą pojawiać się uderzenia w pobliżu polskiej granicy, następnie „zbłąkane” rakiety, akty sabotażu czy podpalenia. Jego zdaniem Rosja będzie sprawdzała, jak daleko może eskalować i czy solidarność NATO wytrzyma pierwszy prawdziwy test. Kreml nie musi być przekonany, że militarnie pokona całe NATO. Wystarczy, że uwierzy, iż politycznie uda się je sparaliżować. Przy obecnej sytuacji politycznej w Europie, wcale nie jest to takie oczywiste.
„Czołg kupiony przez PiS nie staje się bezużyteczny po zwycięstwie KO. System obrony przeciwlotniczej zakontraktowany przez jeden rząd nie powinien mieć partyjnego logo”.
Wyobraźmy sobie rosyjską operację na niewielkim fragmencie Łotwy lub Estonii, później ogłoszenie jakiejś „republiki”, pojawienie się lokalnych „władz” i natychmiastową ofertę negocjacji. Wtedy pytanie nie brzmiałoby: czy NATO jest silniejsze od Rosji? Oczywiście, że jest. Brzmiałoby: czy Berlin, Paryż, Rzym, Waszyngton i Warszawa są gotowe ryzykować otwartą wojnę, aby odzyskać kilkaset kilometrów kwadratowych sojuszniczego terytorium? Na takim pęknięciu Putin budowałby swój sukces.
„Marionetkowy rząd” w Polsce
Najmocniej brzmi jednak inna diagnoza Lisowskiego. Oficer rezerwy obawia się, że rosyjska agresja zostałaby natychmiast uzupełniona operacją polityczną i propagandową. Więcej, jego zdaniem, Rosja bez problemy znalazłaby w Polsce sojuszników.
Jeśli Rosjanie zdobędą fragment Polski, utworzą tam odpowiednik Związku Patriotów Polskich
– mówi.
Na pytanie, czy oznaczałoby to stworzenie marionetkowego rządu, odpowiada bez wahania, że o tym właśnie mówi.
Natychmiast, jak zajmą choćby kawałek kraju. I będą w tym rządzie znane nazwiska
To teza mocna i nieweryfikowalna, dopóki taki scenariusz pozostaje hipotetyczny. Nie wolno jednak przejść obok mechanizmu, o którym mówi Lisowski. Rosja od lat nie prowadzi konfliktów wyłącznie za pomocą wojska. Potrzebuje lokalnej fasady: „społecznego komitetu”, „ruchu wyzwolenia”, samozwańczych władz, polityków i medialnych głosów tłumaczących, że agresor wcale nie jest agresorem, tylko odpowiedział na prośbę „prześladowanej ludności”.
Czołg daje kontrolę nad terenem, ale to marionetkowa administracja ma dać pozór legalności. Tak było w Czeczeni, Gruzji oraz we wschodniej Ukrainie po 2022 roku, gdy Rosjanie ogłaszali powstanie tam republik. Dlatego odporność państwa mierzy się nie tylko liczbą HIMARS-ów. Mierzy się również odpornością instytucji, społeczeństwa, mediów i elit politycznych na operacje wpływu.
Państwo ma Abramsy. A gdzie schroni rodzinę żołnierza?
Najbardziej gorzka część wywiadu dotyczy jednak obrony cywilnej. Lisowski mieszka we Wrocławiu i sam ma przydział mobilizacyjny. Wie, gdzie ma się stawić. Ale przywołuje pytanie swojej żony: skoro on pójdzie walczyć, co stanie się z rodziną? To pytanie powinno wisieć nad biurkiem każdego ministra obrony, spraw wewnętrznych i wojewody.
Bo państwo może kupić setki czołgów, wyrzutnie rakiet i najnowocześniejsze samoloty. Jeśli jednak miliony cywilów nie będą wiedziały, gdzie szukać schronienia, jak przebiega ewakuacja, gdzie dostać wodę, kto zajmie się seniorami i dokąd skierować dzieci. W jego opinii, pierwszym przeciwnikiem Polski stanie się chaos. Lisowski mówi wprost, że system obrony cywilnej przez dekady został praktycznie rozmontowany, a jego odbudowa zaczyna się niemal od zera.
„Czołg daje kontrolę nad terenem, ale to marionetkowa administracja ma dać pozór legalności. Tak było w Czeczeni, Gruzji oraz we wschodniej Ukrainie. Tak może być w Polsce”
To być może największy rachunek wystawiony III RP przez epokę „końca historii”. Przez trzy dekady państwo zachowywało się tak, jakby wielka wojna w Europie została wykreślona z podręczników na zawsze. Sprzedawano koszary, likwidowano infrastrukturę szkoleniową, redukowano system mobilizacyjny. Dziś próbujemy odtwarzać go w chwili, gdy kilka godzin jazdy od polskiej granicy codziennie giną ludzie.
Drony bombardują Moskwę. Polska armia dopiero zaczęła testować?
Tu wywiad staje się dla państwa naprawdę niewygodny. Lisowski opowiada o polskiej firmie, która według jego relacji dostarczyła Ukrainie niemal 10 tys. dronów dalekiego zasięgu zdolnych atakować cele odległe o około tysiąc kilometrów. Tymczasem polska armia przez długi czas nie miała nawet odpowiednich warunków do testowania podobnych systemów. Dopiero po nagłośnieniu sprawy ruszyła procedura testowa. Jeżeli ten opis jest trafny, mamy do czynienia z podręcznikowym przykładem państwowej inercji.
Za wschodnią granicą trwa technologiczna rewolucja pola walki. Cykl od pomysłu, przez prototyp, po użycie bojowe potrafi trwać tygodnie. Tymczasem polski przedsiębiorca może odbić się od resortu, poligonu, procedury, zamówień publicznych i urzędnika, który przede wszystkim chce mieć pewność, że nikt nie zarzuci mu przekroczenia kompetencji.
Lisowski wskazuje przy tym problem ponadpartyjny. System wsparcia technologii dronowych został rozrzucony pomiędzy wiele resortów i instytucji. Każdy odpowiada za swój fragment, więc za efekt końcowy nie odpowiada właściwie nikt. Rosyjski dron nie będzie jednak czekał, aż polskie ministerstwa uzgodnią właściwość rzeczową.
Bezpieczeństwo nadal jest zakładnikiem polityki
Lisowski uderza również w sedno sporu, który Warszawa od lat udaje, że może ignorować. Polska nie ma aktualnej strategii bezpieczeństwa narodowego odpowiadającej rzeczywistości po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Powód? Partyjna wojna, w której udział biorą najważniejsze osoby w państwie, a także instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo.
Żołnierz wskazał, że dokument przygotowywany za prezydentury Andrzeja Dudy nie został przełożony na dalszy proces, ponieważ wizja Pałacu Prezydenckiego rozmijała się z podejściem rządu Donalda Tuska. Zdaniem Lisowskiego polityczna polaryzacja wydłuża procedury, powoduje dysfunkcje i opóźnia przygotowania obronne.
Jeżeli strategia obronna państwa zmienia się wraz z większością sejmową, to nie mamy strategii. Mamy program wyborczy napisany wojskową czcionką.
Czołg kupiony przez PiS nie staje się bezużyteczny po zwycięstwie KO. System obrony przeciwlotniczej zakontraktowany przez jeden rząd nie powinien mieć partyjnego logo. Odbudowa rezerw, infrastruktury wojskowej, schronów czy przemysłu zbrojeniowego musi być planowana na kilkanaście lat – czyli z definicji dłużej niż kadencja premiera i prezydenta.
Pobór wróci? Tu zaczyna się polityczna bomba
Lisowski dotyka też tematu, którego większość polityków wolałaby przed wyborami nie wymawiać: powrotu powszechnego szkolenia wojskowego. I idzie dalej. Argumentuje, że ze względu na demografię ewentualny nowy system nie może automatycznie obejmować wyłącznie mężczyzn. Roczniki są dziś po prostu zbyt małe.
Można z nim dyskutować, szczególnie o zakresie obowiązku, długości szkolenia czy kryteriach mobilizacyjnych. Ale samego problemu nie da się zagadać. Armia czasu pokoju i armia czasu wojny to dwie różne rzeczy.
Polska może mieć znakomitych żołnierzy zawodowych, ale pełnoskalowego konfliktu nie prowadzi się przez lata wyłącznie armią zawodową. Potrzebne są rezerwy, system uzupełnień i infrastruktura pozwalająca tych ludzi wyszkolić.
Lisowski ocenia, że sześć dywizji i około 180–200 tys. żołnierzy samych wojsk lądowych dawałoby Polsce zdolność przyjęcia pierwszego uderzenia i kupienia najcenniejszej waluty wojny – czasu potrzebnego na nadejście większego wsparcia sojuszników.
Polska ma jeszcze czas. Problem w tym, że od czterech lat już go traci
Można polemizować z Lisowskim w sprawie zamykania granic, odebrania obywatelstwa osobom niewypełniającym obowiązków, delegalizacji środowisk uznanych za prorosyjskie czy jego oceny konkretnych ugrupowań. To postulaty wymagające osobnej debaty konstytucyjnej i prawnej. Ale po odrzuceniu najbardziej radykalnych propozycji zostaje diagnoza znacznie trudniejsza do podważenia.
Polska ma pieniądze. Kupuje uzbrojenie. Ma coraz silniejszą armię. Należy do NATO. Za granicą ma gigantyczne, żywe laboratorium współczesnej wojny, z którego można czerpać doświadczenia niemal każdego dnia. A jednocześnie nadal działa resortowo, partyjnie i reaktywnie.
Największym luksusem, jaki daje nam dziś Ukraina, nie jest bowiem tylko odsuwanie rosyjskiej armii od polskich granic. Ukraina kupuje Polsce czas. I właśnie dlatego najbardziej niebezpiecznym zdaniem z całego wywiadu nie jest to o rosyjskich czołgach, rakietach ani nawet marionetkowym rządzie. Jest nim porównanie obecnej sytuacji do 1939 roku: możemy mieć mnóstwo dobrych projektów „w toku”, ale zabraknie czasu, by je dokończyć.
Historia nie rozlicza państw z podpisanych umów, konferencji prasowych i planów zakupowych. Rozlicza je z tego, co naprawdę działało w dniu próby. A ten nadchodzi i politycy go nie zdają. Jeszcze nie jest za późno…
Tomasz Marzec

