To był komunikat wysłany całemu światu. Operacja USA w Wenezueli, zakończona pojmaniem Nicolás Maduro i jego żony, jest czymś dużo więcej niż wydarzeniem istotnym dla Ameryki Łacińskiej. Świat obserwuje demonstrację nowego-starego porządku: brutalnej realpolitik, w której siła, strefy wpływów i zasoby strategiczne wracają do centrum globalnej gry. Dla Europy, szczególnie dla Polski, to moment, w którym kończą się wygodne złudzenia.
Wenezuela to nie „awantura Trumpa”, ani medialny fajerwerk. To sygnał strategiczny: Stany Zjednoczone wróciły do polityki, w której nie proszą o zgodę, tylko egzekwują porządek tam, gdzie widzą zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa. Dla Polski, państwa frontowego w starciu z Rosją, to dobra wiadomość: główny gwarant naszego bezpieczeństwa przypomniał, że potrafi działać szybko, skutecznie i bez kompleksów.
Ameryka wróciła do świata faktów
Warto zauważyć, że Wenezuela nie była początkiem tej zmiany, lecz jej publicznym ujawnieniem. Przez ostatnie lata USA demonstrowały siłę w sposób niejednoznaczny: długie dyslokacje wojsk, sygnały ostrzegawcze, sankcje, presja dyplomatyczna. To nie przynosiło efektu odstraszającego. Cała kadencja administracji Joe Bidena, to był czas niepewności, a jak się później okazało – również wrogich działań wobec Polski, które były realizowane poprzez tajne fundusze USID.
Stany Zjednoczone wróciły do polityki, w której nie proszą o zgodę, tylko egzekwują porządek tam, gdzie widzą zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa. Dla Polski, państwa frontowego w starciu z Rosją, to dobra wiadomość
Operacja w Caracas przywróciła klasyczną logikę geopolityczną: przekroczenie czerwonej linii pociąga za sobą realne konsekwencje. I właśnie w tym miejscu przebiega dziś fundamentalna różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Ta ostatnia potrafi działać, ale tylko wobec partnerów i swoich członków, z dużym trudem przychodziło jej to wobec Putina. Przynajmniej tak długo, jak opłacało się to Niemcom. Waszyngton funkcjonuje w świecie, w którym siła pozostaje narzędziem polityki. Bruksela – w świecie, w którym siła jest tematem paneli, raportów i konferencji. Polska, ze względu na swoje położenie, historię i realne zagrożenia, nie ma luksusu przyjęcia tej drugiej perspektywy. Z drugiej strony, ma powody do tego, aby obawiać się siły swojego sąsiada.
W tym miejscu przebiega dziś fundamentalna różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Ta ostatnia potrafi działać, ale tylko wobec partnerów i swoich członków, z dużym trudem przychodziło jej to wobec Putina. Przynajmniej tak długo, jak opłacało się to Niemcom.
Dominujące w Unii Europejskiej Niemcy wielokrotnie – zbyt często, by uznać to za przypadek – dowodziły, że nie postrzegają Polski jako równorzędnego partnera, lecz jako problem do „zarządzania”. Osłabianie polskiej podmiotowości politycznej, militarnej i energetycznej było i pozostaje dla części elit w Berlinie kluczowym celem. Mówienie, że w Polsce funkcjonuje dziś rząd nie tylko proniemiecki, lecz w praktyce realizujący niemiecką agendę interesów, nie jest publicystyczną przesadą, lecz opisem stanu faktycznego.
Doktryna Monroe nie wraca, ona nigdy nie zniknęła
Powrót do języka stref wpływów nie jest fanaberią Trumpa. To reakcja na realne zagrożenia: ekspansję Chin w Ameryce Łacińskiej, próby dedolaryzacji handlu surowcami oraz stopniową utratę kontroli USA nad strategicznymi węzłami energetycznymi. Wenezuela, z jej gigantycznymi zasobami ropy i politycznym uzależnieniem od Pekinu i Moskwy, była idealnym punktem testowym.
Osłabianie polskiej podmiotowości politycznej, militarnej i energetycznej było i pozostaje dla części elit w Berlinie kluczowym celem. Mówienie, że w Polsce funkcjonuje dziś rząd nie tylko proniemiecki, lecz w praktyce realizujący niemiecką agendę interesów, nie jest publicystyczną przesadą, lecz opisem stanu faktycznego.
Operacja w Caracas była więc komunikatem: Zachodnia półkula pozostaje obszarem odpowiedzialności Stanów Zjednoczonych. Nie w sensie kolonialnym, lecz strategicznym. To nie jest język wartości, lecz język bezpieczeństwa. I właśnie ten język Rosja i Chiny rozumieją najlepiej.
Teza, że działania USA w Wenezueli dają moralne „alibi” dyktatorowi Rosji czy prezydentowi Xi Jinping, jest wygodna dla europejskich komentatorów, ale fałszywa strategicznie. Rosja prowadzi wojnę totalną i aneksyjną. Chiny budują długofalową dominację strukturalną. USA w Caracas wykonały operację selektywną, której celem było przywrócenie kontroli nad sytuacją, a nie jej eskalacja.
Reakcje europejskich elit – od oburzenia po apele o „nienaruszalność suwerenności”, brzmią dziś jak echo świata sprzed dekady. Unia Europejska ma potężne narzędzia regulacyjne, ale praktycznie zerowe zdolności egzekwowania własnych deklaracji wobec wrogów. W świecie narastającej rywalizacji mocarstw to oznacza marginalizację.
Dla Polski wniosek jest prosty: bezpieczeństwo nie wynika z liczby rezolucji, lecz z obecności wojsk, interoperacyjności armii i wiarygodności sojuszy. Te elementy zapewnia dziś tylko i wyłącznie Waszyngton.
Chiny jako rzeczywisty adresat operacji
Najbardziej nerwowa reakcja nie przyszła z Moskwy, lecz z Pekinu. To nie przypadek. Amerykanie uderzyli w fundament chińskiej strategii globalnej, opartej na założeniu, że wpływy ekonomiczne i polityczne można budować bez konieczności konfrontacji militarnej. Przejęcie kontroli nad Wenezuelą pokazuje, że inwestycje, kredyty i umowy nie są tarczą, jeśli państwo-gospodarz staje się elementem gry mocarstwowej.
Unia Europejska ma potężne narzędzia regulacyjne, ale praktycznie zerowe zdolności egzekwowania własnych deklaracji wobec wrogów.
Dla Polski to sygnał o znaczeniu wykraczającym poza Amerykę Łacińską. Stany Zjednoczone pozostają jedyną siłą zdolną realnie równoważyć Chiny. Europa może to opisywać, ale nie potrafi temu przeciwdziałać. Wenezuela nie jest opowieścią o Ameryce „łamiącej prawo międzynarodowe”. To opowieść o świecie, w którym prawo bez siły przestaje mieć znaczenie. Polska musi czytać ten sygnał trzeźwo. Nie przez pryzmat europejskich emocji, lecz przez własne bezpieczeństwo. W świecie powracających stref wpływów proamerykańskość nie jest wyborem estetycznym. Jest wyborem egzystencjalnym.

