Jedną z elementarnych metod instytucjonalnego rabunku jest nadanie mu ładnej nazwy. „Safe” w języku angielskim znaczy „bezpieczny”. W języku polskim jednoznacznie kojarzy się z sejfem – bezpiecznym miejscem przechowywania przedmiotów cennych. Program o tej nazwie stał się w ostatnich tygodniach przedmiotem politycznej awantury, w której najczęściej używane argumenty należą do kategorii ad Putinum. Mamy zatem co najmniej dwa aspekty, aby rozważyć powody stosowania wobec Polaków tych dosyć prymitywnych i czytelnych socjotechnik. Sprawdźmy, jakie paradygmaty są podstawą tej manipulacji.
Pierwszy to nieuchronność wojny z Rosją. Obok niego teza, że Ukraina walczy o naszą wolność. Dalej jest o UE działającej w naszym interesie. Kolejnym aksjomatem jest najniższy z możliwych poziom odsetek od kredytu. Jest też zapewnienie, że pieniądze trafią do polskich firm. Sumarycznie kredyt jest best of the best, a kto jest przeciwko niemu, ten jest zdrajcą i popiera Putina. Narracja dosyć zgrabnie skonfigurowana, tyle że na fałszywych przesłankach.
Nie ma sensu obalać każdej z nich. One każdemu myślącemu same się falsyfikują, a ich kondensacja jest wielce podejrzana. Oprzyjmy więc analizę o inne paradygmaty. Zapytajmy, czy Polska potrzebuje silnej armii bez wskazywania wroga na Wschodzie. Odpowiedź jest oczywista: tak. Niezależnie od tego, kto będzie wrogiem. Pytanie drugie: skąd pieniądze na to? Czy Polskę na to stać? I tu pojawia się kwestia, jak się wydaje, celowo pomijana. Polacy mają bowiem w swoich finansowych zasobach, a także w bieżących dochodach, wystarczająco dużo środków. Szacuje się, że Polacy mają do dyspozycji około 200 mld euro. To są prywatne środki, pieniądze w funduszach emerytalnych, akcjach. Warto też zauważyć, że roczna suma wynagrodzeń, jakie otrzymują Polacy, to 1000 mld zł (ponad 200 mld euro). Dwa procent od tego przez 10 lat to 200 mld zł, czyli tyle, ile wynosi pożyczka z programu SAFE. Zatem nie trzeba się zapożyczać w niemieckich bankach. Można pożyczyć od Polaków.
Ale tu pojawia się argument o kosztach tego kredytu. Podobno ten z niemieckich banków via UE jest niżej oprocentowany. To ważny argument, ale ma też ukryte założenie. Na czym polega jego istota? Na drobnej operacji logicznej, kolejnym ukrytym paradygmacie. Mówiąc o kosztach, milcząco zakłada się, że rząd i Polacy to dwa niezależne podmioty, a budżet państwa jest bytem oddzielnym i nie ma wpływu na życie obywateli. Argument o wysokości stóp procentowych głosi, że kredyt z niemieckich banków jest tańszy od, na przykład, obligacji skarbowych. W wąskim rozumieniu, w myśl tego milczącego założenia – tak, ale przecież odsetki od kredytu opartego na obligacjach skarbowych trafiają do Polaków, a nie do niemieckiego systemu finansowego. Tym samym, kiedy przyjmie się do wiadomości art. 1 polskiej Konstytucji w brzmieniu: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, to oddzielanie obywateli od budżetu państwa jest nonsensowne. W interesie państwa jest działanie na rzecz dobra całości, a nie budżetu wyrwanego z tego wspólnego dobra. Tym bardziej że to nie rząd czy budżet będzie spłacał kredyt, tylko obywatele.
Nie wchodząc w rozwiązania techniczno-prawne, program SAFE w wersji samofinansowania kosztowałby drożej, ale odsetki nie zasiliłyby gospodarki niemieckiej. Zasiliłyby polską gospodarkę. Tu warto wspomnieć, że realny koszt odsetek – na dokładkę z klauzulą o warunkowości uzależniającą Polskę od unijnych komisarzy – to tyle, co wartość samego kredytu, czyli 45–50 mld euro. To prognoza optymistyczna. Droższy kredyt, ale korzystający z zasobów Polaków, pracowałby odsetkami na rzecz polskiej gospodarki. Per saldo nominalnie droższy kredyt dla państwa jako wspólnego dobra jest tańszy.
Teraz warto wejść w detale. Pierwszym z nich jest kwestia spłaty. Dotyczy to formy i terminu. Obligacje skarbowe też mogą mieć termin wykupu 10 lat, ale nie są obciążone kosztami corocznej spłaty odsetek tak jak kredyt unijny. Tym samym odsetki od obligacji skarbowych mogą być stosownie wyższe od tych, jakie oferuje UE. Szacunkowo, przy 3% odsetek od unijnego kredytu, daje to ok. 30% w skali dekady.
Ale rząd ma jeszcze do dyspozycji inne narzędzia. Może termin wykupu obligacji prolongować, oferując wyższe stopy odsetek. Biorąc pod uwagę budżetowe korzyści z działalności sektora zbrojeniowego, per saldo budżet będzie miał środki na płacenie wyższych odsetek od obligacji z dłuższym terminem wykupu. Tym bardziej że te odsetki są do momentu wykupu jedynie księgowym zapisem. I w związku z tym pojawia się kolejna możliwość „rolowania” zobowiązań wobec posiadaczy obligacji.
A możliwości są co najmniej dwie. Jedna z nich to zamiana obligacji na akcje zakładów zbrojeniowych. Nie ma formalnych i prawnych przeszkód, aby warunkiem przekazania środków finansowych końcowym beneficjentom był wykup akcji tych firm przez państwo. Obligacje skarbowe mogłyby być zatem wymienione na akcje firm zbrojeniowych będące w posiadaniu państwa. W ten sposób sprawa długu zaciągniętego u Polaków na uzbrojenie armii metodą zmiany „zapisu” księgowego (obligacje na akcje) finalnie prowadziłaby do wygaśnięcia budżetowych zobowiązań państwa wobec pożyczkodawców. Co przeczy tezie o „najtańszym” kredycie z UE. Powiązanie kredytu z akcjami i obligacjami prowadzi w ostatecznym rozrachunku do uwolnienia budżetu od kosztów zwiększenia siły militarnej Polski. Państwo tylko zarządza strumieniami finansowymi, de facto zapisem księgowym, samo nie ponosząc kosztów. Zaś obywatele bogacą się na rozwoju przemysłu zbrojeniowego. Ci zaś, którzy nie uczestniczą w wykupie obligacji, nie muszą w podatkach spłacać kredytu zaciągniętego przez rząd w niemieckich bankach.
Drugim sposobem uniknięcia kosztów bezpośrednich wykupu obligacji jest zamiana ich na powiększenie emerytalnego kapitału początkowego. Państwo, zamiast wykupić obligacje od Polaków, może ich wartość przetransferować do ZUS, powiększając emerytalny kapitał początkowy i przesuwając koszty wykupu do czasu, kiedy właściciel obligacji osiągnie wiek emerytalny. To także jest jedynie zapisem księgowym. W ramach czy obok tego pomysłu może powstać oddzielny fundusz emerytalny z możliwością dziedziczenia gromadzonych na nim środków, co sprawia, że jakaś część realnego kosztu dla budżetu przesuwana jest ad calendas graecas.
Zapewne są jeszcze inne formuły zamieniające obligacje skarbowe na inne walory finansowe z pominięciem konieczności bezpośredniego obciążania budżetu państwa wypłatami gotówkowymi. Państwo w ramach zbrojenia się i wzmacniania obronności ma do dyspozycji rozmaite walory: akcje spółek Skarbu Państwa czy choćby srebro wydobywane w ogromnych ilościach przez KGHM (ok. 5 mld PLN rocznie). Sęk w tym, że w debacie publicznej politycy nie proponują konstruktywnej alternatywy.
Brak alternatywy ma stworzyć sytuację zero-jedynkową. Za taką narracją, co oczywiste, stoi lobby proniemieckie, którego emanacją jest obecna koalicja rządowa. Tezę tę uzasadnia obecność niemieckiego ambasadora w polskim Sejmie podczas głosowania nad przyjęciem programu SAFE. Potwierdza ją pośrednio również fakt, że Niemcy w tym programie nie uczestniczą – mimo że podobno to najtańszy z możliwych sposobów na sfinansowanie wzmocnienia siły militarnej państwa. Teza, iż niemiecki przemysł zbrojeniowy skorzysta z programu SAFE bez zaciągania kredytu, ale dzięki kredytom zaciąganym przez inne państwa, wydaje się wielce prawdopodobna.
Jest w tej sprawie jeszcze jedna grupa beneficjentów, ujawniona przy okazji zbycia przez państwo udziałów w spółce Polska Amunicja. Podobnie jak przy programie KPO, istnieje niejawna grupa interesariuszy, którzy dzięki politycznym układom pragną się uwłaszczyć na firmach związanych z przemysłem zbrojeniowym. Dzięki pieniądzom, które spłacać będą dwa pokolenia Polaków, niewielka grupa cwaniaków zapewni sobie i swoim wnukom dostatnie życie.
Wydaje się, że alternatywne podejście do kwestii rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego nie tylko stawia nowe pytania, ale także na kilka ważkich odpowiada. Polska nie musi uczestniczyć w programie SAFE. Ma bowiem inne sposoby rozwoju przemysłu obronnego. Inną odpowiedzią jest dostrzeżenie prawdziwych beneficjentów tego programu – tych w Polsce i tych poza nią. Jednocześnie alternatywny punkt widzenia pozwala nazwać projekt SAFE projektem mającym na celu obrabowanie Polski i Polaków, a polityków optujących za bezdyskusyjnym i bezwarunkowym jego przyjęciem – zdrajcami.
Krzysztof Chmielnik
Autor jest dziennikarzem, publicystą i autorem podcastu „Prawy Prosty EU”


