Wybór Przemysława Czarnka to zła wiadomość dla Donalda Tuska i jasny komunikat dla ludzi PiS: partia nie zamierza udawać centrowej. Zamiast tego zwiera szyki, aby odzyskać wyborców, którzy odpłynęli w stronę Konfederacji. I tutaj pełna zgoda – w obecnej sytuacji partia Jarosława Kaczyńskiego potrzebuje kogoś, kto potrafi „bić się” o wartości.
Jednakże, a tu pojawia się to bolesne „ale”, nawet najlepszy dowódca nie wygra bitwy z armią, która straciła wolę walki. W ostatnich tygodniach czołowi politycy PiS walczyli głównie ze sobą albo z potencjalnymi koalicjantami, co odbierało zapał działaczom w terenie.
Syndrom „tłustych kotów”
Największym zagrożeniem dla obozu patriotycznego nie jest dzisiaj tylko Donald Tusk, lecz wewnętrzna stagnacja i mentalność „tłustych kotów”, która wciąż toczy struktury PiS. Z partii dawno nie wyszedł żaden pozytywny sygnał. Słychać było tylko kłótnie zwaśnionych frakcji, użalanie się nad losem w czasach „bezprawia Donalda Tuska” oraz powarkiwania na Mentzena lub Brauna. Zabrakło wizji i planu na przyszłość. Efekt widać w sondażach: wyborcy, którzy w 2015 roku zaufali socjalnej i propaństwowej wizji, zaczęli patrzeć na PiS z rosnącym dystansem.
Wizerunek partii „sytej” jest dla ludzi w terenie najbardziej dojmujący. Jeśli po dwóch latach poza rządowymi gabinetami politycy wciąż zachowują się, jakby limuzyny po prostu im się należały, trudno oczekiwać motywacji od szeregowych działaczy
Inna sprawa, że choć w partii pojawiło się wielu nowych liderów, chwilami można było odnieść wrażenie, iż jest ich więcej, niż potrzeba. Bycie w opozycji nie zmieniło ich stylu oraz nawyków – stało się wręcz czymś wygodnym. Owszem, doskwiera brak sprawczości, jaką daje władza, ale chęci do pracy u podstaw nie było widać. Posłowie organizują spotkania, ale głównie dlatego, że taki był KPI centrali z Nowogrodzkiej. Co z tego, że jest spotkanie, gdy jeden czy drugi ambitny działacz jest na nim zaledwie tłem dla polityka emeryta, który mimo sędziwego wieku, nie może się pogodzić z byciem poza głównym nurtem.
I jeszcze ta pewność siebie byłych wojewodów, wiceministrów i europosłów. Dokładnie tak, jakby nie było powodu do „rachunku sumienia”. Wielu z nich ma dobre samopoczucie, a stan konta sytuuje ich całkiem gdzie indziej, niż wyborców. Właśnie ten wizerunek partii „sytej” jest dla ludzi w terenie najbardziej dojmujący. Jeśli po dwóch latach poza rządowymi gabinetami politycy wciąż zachowują się, jakby limuzyny po prostu im się należały, trudno oczekiwać motywacji od szeregowych działaczy.
Cichy bunt w terenie
To, co w PiS niepokoi najbardziej, dzieje się z dala od sejmowych mównic – w lokalnych strukturach powiatów i gmin. Tam widać już nie tyle zniechęcenie, co gniew na liderów. Lokalni społecznicy czują się lekceważeni przez posłów i senatorów. Najlepszą ilustracją są przedwczesne zabiegi o miejsca na listach wyborczych czynione przez tych, którzy wypadli z głównego obiegu, ale wciąż pilnują swojej pozycji w „kolejce dziobania”.
Największym zagrożeniem dla obozu patriotycznego nie jest dzisiaj tylko Donald Tusk, lecz wewnętrzna stagnacja i mentalność „tłustych kotów”, która wciąż toczy struktury PiS. Z partii dawno nie wyszedł żaden pozytywny sygnał.
W niektórych regionach, na dwa lata przed wyborami, już dziś można bezbłędnie wskazać kolejność na listach do Sejmu w 2027 roku. Ten podział łupów wydaje się ustalony, a dla tych, którzy codziennie walczą o głosy w terenie, zostają jedynie miejsca w regionalnych sztabach do wieszania plakatów. Taka polityka „na skróty” zabija mobilizację. To prosta droga do wyborczej katastrofy.
Sam Przemysław Czarnek nie zdziała nic, jeśli partyjne doły nie będą widziały sensu w angażowaniu się w walkę. Nie chodzi tu o motywacje merkantylne, ale o zwyczajną sprawiedliwość oraz poczucie współudziału w projekcie politycznym.
Czas na otrzeźwienie
Przemysław Czarnek cudów nie uczyni, ale ma szansę zatrzymać odpływ wyborców, wygasić na jakiś czas frakcyjne wojenki i dać strukturom nadzieję na nowe otwarcie. Jeśli jednak w ślad za „namaszczeniem” kandydata na premiera nie pójdzie rzetelna ocena stanu partii w terenie, operacja się nie uda. Dziś działacze PiS częściej szukają ujścia dla swojej energii w Klubach Gazety Polskiej czy Ruchu Obrony Granic. To tam dzieje się obecnie to, co powinno mieć miejsce w strukturach partii opozycyjnej.
W niektórych regionach, na dwa lata przed wyborami, już dziś można bezbłędnie wskazać kolejność na listach do Sejmu w 2027 roku. Ten podział łupów wydaje się ustalony, a dla tych, którzy codziennie walczą o głosy w terenie, zostają jedynie miejsca w regionalnych sztabach do wieszania plakatów
Jeśli PiS chce realnie myśleć o powrocie do władzy, musi przestać być partią, w której o przyszłości decyduje garstka osób w Warszawie oraz kilkudziesięciu nominatów w terenie. Musi stać się ruchem, który ponownie słucha swoich wyborców. Prawdziwa prawica nie karmi się przywilejami, tylko ideą.
Jeśli PiS nie zmarginalizuje w swoich szeregach ludzi, dla których polityka to tylko sposób na wygodne życie, żadne „nowe otwarcie” nie zadziała. Czas na otrzeźwienie, zanim będzie za późno.

