Stawką tych wyborów jest coś więcej niż tylko przyszłość jednego rządu. To potencjalny koniec szesnastoletniej władzy premiera Viktor Orbán – polityka, który dla jednych stał się symbolem obrony suwerenności, dla innych uosobieniem wszystkiego, co „nie pasuje” do współczesnej Unii Europejskiej.
Wszystko wskazuje na to, że Fidesz może stracić władzę, choć ostateczne wyniki wciąż pozostają niepewne, a liczenie głosów może potrwać dłużej, niż zakładano. Jego głównym rywalem jest ugrupowanie Tisza, kierowane przez Pétera Magyara. W ostatnich godzinach kampanii mobilizacja była pełna.
Pokój i bezpieczeństwo Węgier mogą dziś zależeć od jednego głosu
– apelował Wiktor Orbán.
Magyar odpowiadał narracją o „historycznym momencie”. Ale to, co naprawdę historyczne, rozgrywa się gdzie indziej.
Dwie Europy, jedno pęknięcie
Od lat Węgry funkcjonują w zachodnioeuropejskiej narracji jako państwo „gorsze” – politycznie, instytucjonalnie, cywilizacyjnie. W tych ocenach regularnie powracają sugestie o ich rzekomym zapóźnieniu, niedojrzałości, a nawet odejściu od demokracji. Problem polega na tym, że ta narracja przestała być jednostronna. Węgrzy, Słowacy, a także duża część Polaków patrzą dziś na Europę Zachodnią z równie dużą nieufnością – jako na przestrzeń kryzysu wartości, chaosu społecznego i narastających problemów gospodarczych. W tej perspektywie, to nie Budapeszt jest „problemem”, lecz Zachód, który coraz częściej sprawia wrażenie cywilizacji podcinającej własne korzenie.
Unia Europejska, zamiast być narzędziem współpracy narodów, coraz częściej jawi się jako projekt budowany wbrew Europie – struktura, która z dużą gorliwością podważa fundamenty, na których sama powstała. I o tym właśnie często mówił dotychczasowy premier Orban, sypiąc piach w tryby ideologicznym pomysłom eurokratów oraz promując wartości prorodzinne i chrześcijańskie.
Frekwencja, której Zachód może zazdrościć
W narracji liberałów i lewicy, Węgry były krytykowane za rzekomy „deficyt demokracji”. Tymczasem rzeczywistość mówi coś zupełnie innego. Frekwencja przekraczająca 70 procent to wynik, którego wiele państw Europy Zachodniej może po prostu zazdrościć. To nie jest obraz społeczeństwa biernego czy „zindoktrynowanego”, ale ilustracja obywateli, którzy wiedzą, że stawką jest coś więcej niż rutynowa zmiana rządu.
Wiktorowi Orbanowi można zarzucić wiele, bo w swoim działaniu koncentrował się głównie i przede wszystkim na dbałości o interes Węgier, ale on nigdy nie zgodził się na pakt migracyjny, projekty centralizacji Unii Europejskiej czy pomysły ideologiczne typu Zielony Ład. Zawsze był przeciw i niczego nie udawał.
Zarzucano mu, ze jest dyktatorem, ale dzisiejsze wybory pokazują coś całkiem innego. To także dowód na to, że polityka na Węgrzech wciąż jest sprawą realnego wyboru, a nie tylko technokratycznego zarządzania pod dyktando Komisji Europejskiej.
Presja, której nie da się zignorować
Nie sposób analizować tych wyborów bez uwzględnienia skali zewnętrznej presji. Mechanizmy regulacyjne wprowadzane na poziomie Unii Europejskiej realnie wpływały na przebieg kampanii – zwłaszcza w obszarze mediów cyfrowych.
W kraju, gdzie Facebook pozostaje głównym kanałem komunikacji politycznej, każda ingerencja w algorytmy oznaczała realną zmianę warunków gry. A tak właśnie stało się w trakcie kampanii wyborczej na Wegdzech, bo chociaż KE starała się działać w tle, to wykorzystano arsenał DSA, który zasadniczo zmienił zasady dostępu do mediów społecznościowych. Aktywiści mianowani na funkcje „weryfikatorów faktów”, zresztą sowicie opłacani przez KE, przy absolutnym braku jakiejkolwiek przejrzystości, informowali Facebooka i Tik-Toka, które treści należy usuwać. Oczywiście wiadomo, że były to głównie treści Fideszu.
Do tego dochodzi presja finansowa i polityczna ze strony instytucji unijnych, które od lat pozostają w sporze z Budapesztem, ale w kampanii tą właśnie kwestię eskalowano w sposób szczególny. W takich warunkach pytanie o „równość szans” przestaje być czysto teoretyczne.
Wybory nie tylko o władzę
Dzisiejsze głosowanie to nie tylko rywalizacja między Fideszem a Tiszą, ale również starcie dwóch wizji Europy. Jednej, gdzie kluczową rolę odgrywają państwa narodowe, które chcą zachować kontrolę nad własną polityką, a także Europy coraz silniej scentralizowanej, w której decyzje zapadają poza realnym wpływem obywateli.
Dlatego wynik tych wyborów będzie miał znaczenie daleko wykraczające poza Budapeszt. Niezależnie od tego, czy Viktor Orbán utrzyma władzę, czy ją straci – co jest bardziej prawdopodobne – jedno jest pewne: Węgry stały się polem testowym dla przyszłości europejskiej demokracji. Pytanie, które dziś wybrzmiewa najmocniej, brzmi: czy w Unii Europejskiej nadal możliwe jest prowadzenie polityki wbrew dominującej linii ideologicznej – i wygrywanie wyborów bez wsparcia z zewnątrz?
Bo jeśli odpowiedź na to pytanie okaże się negatywna, problem nie będzie już dotyczył tylko Węgier. W sposób szczególny dotknie także Polskę – i to już za kilkanaście miesięcy. W układance eurokratów to właśnie Warszawa, a nie Budapeszt, ma znaczenie kluczowe. Dlatego, to co dziś testowane jest na Węgrzech, już w 2027 roku z dużo większą mocą zostanie zastosowane nad Wisłą.

