Jeszcze kilka lat temu brzmiałoby to jak teoria spiskowa. Dziś temat trafia na biurka służb specjalnych, do raportów Ośrodka Studiów Wschodnich i na łamy „Rzeczpospolitej”. Chińskie samochody elektryczne przestają być tylko towarem, a zaczynają być problemem bezpieczeństwa państwa.
Raport OSW, na który powołuje się „Rzeczpospolita”, nie zostawia złudzeń: nowoczesne auta z Chin to zaawansowane platformy multisensoryczne, a nie tylko pojazdy. Kamery, radary, LiDAR-y, systemy telemetryczne wszystko to zbiera i przesyła ogromne ilości danych.
Auta monitorujące otoczenie i zbierające dane to realne zagrożenie, zwłaszcza gdy informacje trafiają za granicę
– czytamy w artykule.
W praktyce oznacza to możliwość tworzenia trójwymiarowych map infrastruktury krytycznej, baz wojskowych, tras logistycznych czy wzorców ruchu wojsk. To nie są hipotetyczne scenariusze, ale naturalna funkcja technologii, którą te pojazdy już posiadają.
Zdalne sterowanie i paraliż infrastruktury
Jeszcze poważniej brzmi fragment dotyczący możliwości zdalnego przejęcia kontroli nad pojazdami.
Jest możliwość zdalnego przejęcia kontroli nad autami, a w efekcie ryzyko blokowania dróg
– czytamy w raporcie OSW.
W warunkach kryzysowych, konfliktu hybrydowego lub sabotażu oznacza to potencjalne narzędzie paraliżu komunikacyjnego, zwłaszcza w miastach i na kluczowych szlakach transportowych. Państwo, które masowo dopuści takie technologie bez kontroli, samo wystawia się na cios.
Jednym z kluczowych wniosków raportu OSW jest to, że argument o „prywatnym producencie” nie ma w Chinach realnego znaczenia.
Nawet jeśli producent pojazdu jest prywatną firmą, chińskie prawo może zmusić go do przekazania rządowi danych zebranych przez auta za granicą
– napisano.
To zasadnicza różnica między rynkiem europejskim a chińskim: brak realnej autonomii biznesu wobec państwa. Dane nie są własnością klienta, ale zasobem strategicznym.
Rząd przyznaje: problem jest realny
Co istotne, tym razem nie mamy do czynienia z publicystycznym alarmizmem. Głos zabiera rząd. Tomasz Siemoniak, koordynator służb specjalnych, mówi dostrzega problem, choć z naturalnym luzem, nic za tym nie idzie.
Sprawa jest oczywiście poważna i dostrzegana przez rząd
– skonstatował.
Wskazuje przy tym na rolę MSZ i Ministerstwa Cyfryzacji. Krzysztof Gawkowski podkreśla znaczenie nowelizacji ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, co sugeruje, że państwo dopiero nadrabia legislacyjne zaległości wobec realnych zagrożeń technologicznych.
Chiny wiedzą, jak przetwarzać masę danych
Szczególnie wymowna jest relacja Jakuba Jakubowskiego z OSW z wizyty w Szanghaju:
„Do hubu podpięte było prawie 1,5 mln samochodów przesyłających na żywo ponad 100 parametrów.”
To pokazuje skalę: Chiny nie tylko zbierają dane, ale potrafią je masowo analizować i wykorzystywać operacyjnie. W tym kontekście pytanie nie brzmi „czy”, ale „do czego”.
Problem europejski, nie tylko polski
Eksperci OSW podkreślają, że ewentualne restrykcje można uzasadniać prostym argumentem:
„Wzorujemy się na najlepszych.”
To czytelne odniesienie do praktyk USA, Australii czy części państw azjatyckich, które już traktują technologie pochodzące z Chin jako element rywalizacji geopolitycznej, a nie zwykłego handlu.
Artykuł „Rzeczpospolitej” i raport OSW pokazują jednoznacznie: państwo, które nie kontroluje napływu technologii zdolnych do masowego zbierania danych, rezygnuje z części swojej suwerenności. To nie jest spór o elektromobilność ani o wolny rynek. To pytanie o to, czy Europa i Polska, chcą być użytkownikiem cudzych systemów, czy podmiotem zdolnym je regulować.
Tomasz Marzec

