Choć w rocznicę wybuchu wojny skłonni jesteśmy mówić o solidarności, pod powierzchnią dyplomatycznych uścisków kryje się chłodna kalkulacja. Zachód nie chce, by Ukraina tę wojnę przegrała, ale wcale nie spieszy mu się, by pozwolić jej ją definitywnie wygrać. Najwięcej przy okazji tragedii na Wschodzie chce ugrać europejski mainstream, dla którego konflikt stał się idealnym pretekstem do centralizacji Unii i przejmowania kolejnych kompetencji pod płaszczem „zarządzania strachem”.
Cztery lata po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, obraz konfliktu uległ radykalnej zmianie. To już nie jest tylko walka o suwerenność Kijowa. Zachód opanował do perfekcji sztukę dozowania pomocy. To proces niemal laboratoryjny, w efekcie czego pomoc wojskowa płynie szerokim strumieniem, ale zawsze „trochę za późno” i „nieco za mało”, by doprowadzić do istotnego przełomu. Dzieje się tak dlatego, ponieważ trwająca, kontrolowana wojna jest dla brukselskich i paryskich elit politycznym paliwem o ogromnej mocy.
Pod hasłami budowy wspólnej obronności i solidarności energetycznej, europejskie elity sukcesywnie przesuwają środek ciężkości ku wizji federalnej, nakreślonej przez Altiero Spinellego w „Manifeście z Ventotene”.
Wojna jako katalizator centralizacji
Dla europejskiego mainstreamu wojna stała się wygodnym „stanem wyższej konieczności”. Strach przed rosyjskim imperializmem, który po latach lekceważenia polskiej perspektywy stał się w końcu oficjalną doktryną Brukseli, służy dziś do dyscyplinowania niepokornych państw członkowskich. Pod hasłami budowy wspólnej obronności i solidarności energetycznej, europejskie elity sukcesywnie przesuwają środek ciężkości ku wizji federalnej, nakreślonej przez Altiero Spinellego w „Manifeście z Ventotene”. To klasyczna metoda Jeana Monneta – strategia „małych kroków”, gdzie każdy kolejny kryzys staje się pretekstem do odebrania stolicom części suwerenności na rzecz unijnego centrum.
Zachód opanował do perfekcji sztukę dozowania pomocy. To proces niemal laboratoryjny, w efekcie czego pomoc wojskowa płynie szerokim strumieniem, ale zawsze „trochę za późno” i „nieco za mało”
Mechanizm jest brutalnie prosty: skoro zagrożenie zdefiniowano jako egzystencjalne, decyzje muszą zapadać szybciej, sprawniej i – co najważniejsze – w jednym ośrodku decyzyjnym. Wojna stała się katalizatorem zmian, które w warunkach pokojowych napotkałyby na nieugięty opór – od wspólnych zakupów uzbrojenia i unijnych danin na obronność, aż po próby całkowitego wyeliminowania prawa weta w polityce zagranicznej. Europejski mainstream zręcznie wykorzystuje ukraiński opór jako parawan, za którym wznoszona jest nowa, scentralizowana architektura Unii. W tym układzie kompetencje państw narodowych są przedstawiane już nie jako fundament, lecz jako zbędny balast utrudniający sprawne zarządzanie kryzysowe.
Polska, czyli między kluczową rolą, a pułapką lojalności
Wbrew pozorom, Polska w tym układzie zyskała potężne atuty. Z dyżurnego „rusofoba” i kraju wiecznie zgłaszającego partykularne wątpliwości, przeistoczyliśmy się w głos rozsądku i strategiczny hub logistyczny, bez którego żadna operacja na Ukrainie nie ma racji bytu. To moment, w którym moglibyśmy konsumować wymierne korzyści tj. budować narodowy czempionat zbrojeniowy, przejmować zyski z logistyki i skokowo zwiększać kompetencje państwa. Jednak realizację tego scenariusza blokuje polityczny gorset obecnej władzy. Rząd Donalda Tuska, skrajnie spolegliwy wobec Berlina, a czasami wręcz realizujący niemiecką agendę, zamiast walczyć o polską podmiotowość w tym nowym układzie, zdaje się akceptować rolę pomocnika, który własne atuty oddaje za bezcen w imię dobrych relacji z unijnymi partnerami.
Wojna stała się katalizatorem zmian, które w warunkach pokojowych napotkałyby na nieugięty opór – od wspólnych zakupów uzbrojenia i unijnych danin na obronność, aż po próby całkowitego wyeliminowania prawa weta w polityce zagranicznej. Europejski mainstream zręcznie wykorzystuje ukraiński
Z perspektywy ekonomicznej, wspieranie Ukrainy to dla Zachodu operacja o wysokiej stopie zwrotu. Za ułamek unijnego PKB i przy zerowym zaangażowaniu własnych żołnierzy, dokonuje się systematyczna degradacja rosyjskiego potencjału. Rosja spala swoje rezerwy finansowe i sprzętowe, zamieniając je w dym nad ukraińskim stepem.
W tym układzie kompetencje państw narodowych są przedstawiane już nie jako fundament, lecz jako zbędny balast utrudniający sprawne zarządzanie kryzysowe.
Cenę za ten „świetny interes” płacą Ukraińcy własną krwią, podczas gdy europejskie stolice wykorzystują ten czas nie tylko na zbrojenia, ale na polityczne przemeblowanie kontynentu. Ukraina, która w latach 90. wierzyła w „trzecią drogę”, dziś brutalnie budzi się w rzeczywistości, w której jest traktowana jako niezbędny, ale jednak tylko element większej układanki sił.
Niekończący się rachunek
Ekonomiczna i polityczna logika europejskiego mainstreamu opiera się na cynicznym założeniu, że Rosja w końcu pęknie pod własnym ciężarem. Jednak dopóki to nie nastąpi, trwająca wojna pozostaje dla Brukseli i Berlina stanem idealnym: stałym straszakiem i uniwersalną legitymacją do przejmowania kolejnych obszarów życia pod unijną kuratelę. To polityczne perpetuum mobile. Im dłużej trwa zagrożenie, tym łatwiej omijać demokratyczne opory państw narodowych. Ewentualnie można szantażować, jak ma to miejsce obecnie w Polsce przy okazji programu SAFE.
Trwająca wojna pozostaje dla Brukseli i Berlina stanem idealnym: stałym straszakiem i uniwersalną legitymacją do przejmowania kolejnych obszarów życia pod unijną kuratelę.
W czwartą rocznicę inwazji kluczowe pytanie nie brzmi już tylko: „kiedy skończy się wojna?”, ale: „jaka Europa wyłoni się z jej cienia?”. Obserwujemy bowiem proces, w którym pod płaszczem solidarności z Kijowem trwa bezpardonowa walka o to, kto będzie rozdawał karty w nowej, scentralizowanej Unii. Jeśli Polska pod obecnym kierownictwem nie zerwie z rolą pasywnego wykonawcy cudzych planów, obudzimy się w Europie, w której nasza suwerenność będzie już tylko historycznym wspomnieniem, złożonym na ołtarzu federalistycznych utopii. Rachunek za tę wojnę wystawiany jest w euro, ale spłacany w realnej władzy, którą Warszawa oddaje dziś niemal bez walki.

