Wiadomo, co powoduje nerwową krzątaninę urzędników PiS w karaibskich tropikach. Na mapie zagranicznych podróży służbowych pisowskiej władzy pojawił się nowy atrakcyjny kierunek: Jamajka, Kuba oraz kilka innych wysp karaibskich. Wiosną tego roku miały się rozpocząć wstępne prace na działce poszukiwań geologicznych, pośpiesznie kupionej przez Szydło w tamtym rejonie dna Oceanu Atlantyckiego. Nie ma żadnych informacji, czy do tego doszło. Prawdopodobnie – nie. W przeciwnym razie PiS już by się tym pochwalił.

Chcemy szukać tam złota, srebra, platyny, miedzi, pierwiastków ziem rzadkich. Od Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego (MODM) rząd Szydło kupił na 15 lat prawo do prowadzenia poszukiwań geologicznych. Premier zdecydowała wydać 500 000 dolarów na” rozpatrzenie wniosku przez MODM. Teraz trzeba będzie wydać pieniądze za prawo do prowadzenia poszukiwań. Inaczej pół bańki w dolarach utonie w Atlantyku.

– W Państwowym Instytucie Geologicznym (PIG), podlegającym Szyszko, wówczas szefowi resortowi środowiska, żaden temat nie był realizowany, tak szybko, jak ta koncesja – rozmówcy znający sprawę powiedzieli dziennikarzom „Dziennika Gazety Prawnej”.

Pośpiech podobno był wskazany, aby załapać się na jedną z jeszcze tylko dwóch wolnych działek
W grudniu 2016 r. PIG za 29,5 tys.euro kupił w petersburskim instytucie oceanograficznym „opracowanie dotyczące wytypowania współrzędnych dla obszaru poszukiwawczego siarczków masywnych w rejonie Grzbietu Śródatlantyckiego”. Polska nie dysponowała takimi danymi.

Pół miliona dolarów, w skali państwa nie jest sumą znaczącą. Otwiera jednak worek wydatków bez dna. Rosyjska ekspertyza jest wyłącznie prognozą. Trzeba ją potwierdzić w realu. Według ostrożnych szacunków to koszt, co najmniej, od 700 milionów do miliarda złotych. Będzie np. konieczna budowa specjalistycznego, oceanicznego statku badawczego.

Nawet jeśli na dnie będzie to, czego szukamy, należy ustalić, czy surowce są w ilości opłacalnej do wydobycia. Konia z rzędem temu, kto potrafi to przewidzieć w jakim czasie, i na jakim poziomie cen wydobycie będzie ekonomicznie uzasadnione. To nie koniec: nikt na świecie nie dysponuje przemysłowym sprzętem wydobywczym z dużych i bardzo dużych głębokości. Nie mają go nawet państwa najbardziej zaawansowane w badaniu dna światowego oceanu.

Polska dysponuje już działkami poszukiwawczymi na Pacyfiku. Są ideologicznie trefne: przyznano je nam za czasów „komuny”, na mocy porozumień międzynarodowych, w których stroną była Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. To je dyskwalifikuje. PiS chce wstawać z kolan także na dnie oceanicznym. Ze skutkiem, takim jak zawsze.