Unia Europejska, która w swojej retoryce mieni się latarnią demokracji oraz rządów prawa, w istocie coraz bardziej przypomina hermetyczny i zamknięty układ, gdzie przejrzystość traktowana jest w sposób bardzo elastyczny. Przykłady można mnożyć, od „SMS-gate” Ursuli von der Leyen, przez aresztowanie byłej wysokiej komisarz Federiki Mogherini, aż po systemowe manipulacje funduszami. Bruksela, to dzisiaj upadająca wieża Babel, której fundamenty gniją od korupcji i braku odpowiedzialności.
W tym kontekście polska debata o programie SAFE, sposób procedowania tego mechanizmu w Sejmie i w końcu forsowanie go przez rząd bez należytych podstaw prawnych stanowią jedynie kolejne ogniwo w łańcuchu zdarzeń, potwierdzające, że w Unii Europejskiej decyzje dotyczące gigantycznych kwot zapadają nie w otwartym procesie legislacyjnym, lecz przy użyciu podstępów i forteli.
Zasłona dymna w imię „interesu handlowego”
Przykładów jest bez liku, ale jeden jest dla europejskiej opinii publicznej szczególny. Komisja Europejska, która z lubością poucza państwa członkowskie o standardach praworządności, przed własnym Trybunałem Sprawiedliwości (TSUE) broni się z niezwykłą zaciekłością przed ujawnieniem pełnych klauzul umów szczepionkowych. Prawnicy Komisji, nie mrugając okiem, argumentują przed sędziami, że obywatele domagający się dostępu do dokumentów to w istocie „trolle odszkodowawcze”.
Brukselskie instytucje są dziurawe jak sito, a mechanizmy antykorupcyjne, którymi chwali się Unia, stanowią jedynie fasadę mającą uspokoić opinię publiczną. Zresztą, ta ostatnia coraz mniej jest unijnym urzędnikom potrzebna.
A przecież to nie jest spór o szczepionki, lecz o samą naturę demokracji. Jeśli w relacjach z instytucjami unijnymi dostęp do dokumentów staje się luksusem proceduralnym, oznacza to, że umowa społeczna w UE została jednostronnie wypowiedziana.
Podczas rozprawy mówił o tym sędzia Koen Lenaerts, stawiając kluczowe pytanie: czy społeczeństwo nie ma oczywistego interesu w weryfikacji neutralności urzędników? Komisja Europejska zbyła je milczeniem, ponieważ prawda o zakulisowych konfliktach interesów mogłaby wysadzić w powietrze całą strukturę brukselskich elit, z Ursulą von der Leyen na czele.
Mechanizm „drzwi obrotowych”
Sprawa przewodniczącej Komisji i jej słynnych wiadomości tekstowych z prezesem Pfizera to podręcznikowy przykład unijnych patologii. Mamy tu do czynienia z ewidentnym konfliktem interesów oraz celowym ukrywaniem przez Komisję Europejską kluczowych dowodów. W jakimkolwiek innym państwie demokratycznym tak rażące nadużycie władzy doprowadziłoby do natychmiastowego upadku rządu i dymisji premiera. Mamy do czynienia z sytuacją, w której osoba zarządzająca kontraktami na dziesiątki miliardów euro znajduje się w otoczeniu osób bezpośrednio powiązanych z branżą farmaceutyczną, a wszelkie próby wyjaśnienia tego stanu rzeczy są torpedowane przez unijny aparat. To nie jest odosobniony przypadek, ale styl zarządzania UE, bo im więcej ma ktoś na sumieniu, tym więcej można mu kazać.
Torby pełne gotówki w biurach i domach europosłów stały się symbolem upadku standardów w UE, lecz sprawa ostatecznie rozmyła się w brukselskich kuluarach.
Przewodnicząca von der Leyen, nie jest pierwsza, ani ostatnia. Niedawne aresztowanie Federiki Mogherini, byłej szefowej unijnej dyplomacji, w związku z nadużyciami finansowymi w Kolegium Europejskim, dobitnie pokazuje, że mechanizm „drzwi obrotowych”, czyli płynne przechodzenie między funkcjami administracyjnymi a partycypacją w biznesowych zyskach, jest w Brukseli standardem, a nie marginesem.
Od Qatargate po Operację Generacja
Mechanizmy te niszczą zaufanie do całego projektu europejskiego znacznie szybciej niż jakikolwiek eurosceptyczny dyskurs. Kto dzisiaj jeszcze pamięta aferę „Qatargate”? Torby pełne gotówki w biurach i domach europosłów stały się symbolem upadku standardów w UE, lecz sprawa ostatecznie rozmyła się w brukselskich kuluarach. Podobnie było z doniesieniami o „Operacji Generacja” i lobbystach Huawei w Parlamencie Europejskim – to tylko niektóre przykłady systemowej patologii.
Rządzący, którzy dziś forsują wielomiliardowe zadłużenie za pomocą uchwał, jawnie lekceważąc konstytucyjną drogę ratyfikacyjną, niebezpiecznie upodabniają się do brukselskich elit, które przywykły do rządzenia dekretami i znikającymi SMS-ami.
Brukselskie instytucje są dziurawe jak sito, a mechanizmy antykorupcyjne, którymi chwali się Unia, stanowią jedynie fasadę mającą uspokoić opinię publiczną. Zresztą, ta ostatnia coraz mniej jest unijnym urzędnikom potrzebna, co jest w pewnym sensie realizacją „Manifestu z Ventotene” Altiero Spinellego. Fakty są takie, że gdyby standardy obowiązujące w Komisji Europejskiej zastosować w jakimkolwiek państwie członkowskim, cała administracja zostałaby natychmiast zawieszona, a sprawą zajęłyby się organy ścigania. Tymczasem w Brukseli trwa nieprzerwana karuzela stanowisk: urzędnicy po skandalach odchodzą z sowitymi odprawami, by po czasie wrócić na jeszcze wyższe posady
Test suwerenności w cieniu nieprzejrzystości
W tym kontekście, polskie dylematy – w tym spór o SAFE czy próby siłowego omijania procedur opisanych w Konstytucji – nabierają niezwykle groźnego znaczenia. Rządzący, którzy dziś forsują wielomiliardowe zadłużenie za pomocą uchwał, jawnie lekceważąc konstytucyjną drogę ratyfikacyjną, niebezpiecznie upodabniają się do brukselskich elit, które przywykły do rządzenia dekretami i znikającymi SMS-ami. Co więcej, działania te nie są jedynie przejawem wewnętrznej arogancji, lecz wyrachowaną próbą przypodobania się swoim protektorom w Brukseli. Trudno bowiem o inne, racjonalne uzasadnienie dla postaw i retoryki Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego czy Władysława Kosiniaka-Kamysza, którzy zamiast interesu narodowego, zdają się przedkładać poklask unijnej biurokracji.
A przecież, jeśli systemy kontrolne zawiodły przy największym kontrakcie w historii unijnej farmacji, to dlaczego mielibyśmy wierzyć, że w przypadku kolejnych programów finansowych będzie inaczej?
Pilny wychowanek unijnych patologii
Nadszedł czas na radykalne otrzeźwienie i gruntowny audyt elit, których wiarygodność oscyluje dziś wokół zera. Bez wprowadzenia całkowitego zakazu tzw. drzwi obrotowych, powołania niezależnego prokuratora antykorupcyjnego z realnymi uprawnieniami oraz wymuszenia bezwzględnej przejrzystości każdej złotówki wydawanej w ramach unijnych funduszy, projekt europejski będzie nieuchronnie zmierzał w stronę oligarchizacji i korupcji.
Premier Donald Tusk okazał się pojętnym uczniem brukselskich mistrzów. Zdając sobie sprawę z politycznego ciężaru sprawy SAFE, przyjął strategię bliźniaczą do tej, którą zastosowała Ursula von der Leyen w trakcie swoich nieformalnych negocjacji: nie pozostawiać dowodów łamania prawa.
Bruksela straciła moralny mandat do pouczania świata o standardach, które sama codziennie łamie. Demokracja pozbawiona przejrzystości to jedynie polityczna fikcja, a my nie możemy pozwolić, by ta fikcja kosztowała przyszłość kolejne pokolenia.
Jak widać, premier Donald Tusk okazał się pojętnym uczniem brukselskich mistrzów. Zdając sobie sprawę z politycznego ciężaru sprawy SAFE, przyjął strategię bliźniaczą do tej, którą zastosowała Ursula von der Leyen w trakcie swoich nieformalnych negocjacji: nie pozostawiać dowodów łamania prawa. Zamiast przejrzystej ścieżki ustawodawczej, rząd przyjął uchwałę w sprawie implementacji pożyczki, przerzucając ciężar podpisu pod umową – z pominięciem wymaganej konstytucyjnie procedury ratyfikacyjnej – na ministrów finansów i obrony.
To wyrachowany mechanizm asekuracyjny, bo w razie wybuchu afery, premier będzie mógł – wzorem szefowej KE, z chłodnym spokojem twierdzić, że jego bezpośredni udział w sprawie był znikomy, a winę za „prawny bałagan” ponoszą wyłącznie ministrowie. To metoda działania, której Tusk nauczył się w Brukseli i którą próbuje zainfekować państwo polskie.

