Choroba nie jest tematem, o którym łatwo się mówi, a co dopiero pisze. A jeśli jest to stan związany z ogromnym cierpieniem i świadomością nieuniknionego końca, to rzecz staje się jeszcze trudniejsza.  

Choroba jest jednak elementem naszego życia. Wpływa na nasze decyzje i aktywność. Jeśli dotyka ona kluczowych osób w Państwie, to zaczyna dotyczyć także nas. A jeśli dodatkowo ciężko chory jest ten jedyny, od którego woli albo widzimisię zależą polityczne decyzje, to już żartów nie ma, bo choroba przywódcy staje się chorobą całego kraju.

Tak to funkcjonuje w systemach totalitarnych i quasi demokratycznych, gdzie informacja o stanie zdrowia przywódcy jest strzeżona jak najściślejsza tajemnica państwowa. Gdzie, żeby ukryć prawdę, ukrywa się przed ludźmi człowieka.

Przez lata próbowano doskonalić ten system ukrywania prawdy o zdrowiu wodzów w komunistycznej Rosji. Zawsze, w tle tego zjawiska, na Kremlu rozgrywała się brutalna walka o sukcesję.

Lenin też miał przejściowe problemy zdrowotne

Lenin ciężko chorował przez ostatnie dwa lata swego życia. Po pierwszym z wylewów na nowo uczył się pisać. Pod okiem nie tylko sowieckich, ale i zagranicznych neurologów próbowano go usprawniać. Miał problemy z najprostszymi działaniami matematycznymi. I co z tego? Nic. Dalej podejmował, albo próbował podejmować polityczne decyzje.  W marcu 1923 roku doszło do ataku, wskutek którego stracił mowę i władzę w prawej stronie ciała. Ale sowiecka propaganda radośnie informowała, że towarzysz Lenin miał przejściowe problemy zdrowotne i wraca do normalnego stanu zdrowia.

Stalin znany z hulaszczego trybu życia dostał wylewu 1 marca 1953 roku. Ale konał kilka dni. Beria i Malenkow stwierdzili, że wódz po prostu śpi i zabronili wzywać jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Kiedy pojawili się lekarze to w ramach terapii stawiano mu pijawki. Cały ten cyrk wokół śmierci i cierpienia trwał, bo na Kremlu toczyła się przecież bezwzględna walka o władzę, a w tej walce potrzebny był czas.

Ukrywanie przez długi czas faktycznego stanu zdrowia Ukochanego Przywódcy zawsze przeradza się w opinii publicznej w kpinę. Pękają bariery. Wszyscy albo wiedzą albo się domyślają, że władza kłamie. Tak było z Breżniewiem, który chorował od połowy lat 70-tych. Żartów w całym bloku sowieckim była cała masa. „Związek Radziecki przeprowadził demonstrację siły. Breżniew zrobił 10 kroków bez niczyjej pomocy”. Breżniew miał nowotwór szczęki, chorobę wieńcową, przeszedł kilka wylewów. I dalej podejmował decyzje. Nawet jego śmierć była powodem do żartów: „Jakie były ostatnie słowa Breżniewa przed śmiercią w 1982 roku? Iwan, zejdź z moich przewodów od tlenu”.

Na schedę po nim od kilku lat czekał szef KGB Jurij Andropow. W międzyczasie sam ciężko zachorował na niewydolność nerek. Trzy miesiące po tym jak został szefem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego zaczął być regularnie dializowany. Latem tego samego roku trafił do szpitala i już z niego nie wyszedł. W następnym roku zmarł.

Po Andropowie władzę przejął 83-letni Konstantin Czernienko, który na pogrzebie poprzednika nie mógł samodzielnie wejść na trybunę, a przemówienie sprawiało mu ogromne trudności. I znowu pojawiły się żarciki: „Ilu ludzi rządzi ZSRR? Półtora. Lenin wiecznie żywy i półżywy Czernienko”. Trafił do sanatorium z zapaleniem płuc. Po powrocie kierował państwem z wózka inwalidzkiego. W jednej z biografii jego następcy Michaiła Gorbaczowa czytamy „Sam Czernienko odmawiał komukolwiek prawa do prowadzenia posiedzeń Politbiura. Dosłownie wnoszono go półżywego do sali,  usadzano za biurkiem pełnym papierów i dopiero wtedy mogli wejść pozostali członkowie.” Czernienko zmarł w 1985 roku.

Informacje o stanie zdrowia to „moralne barbarzyństwo”?

A tymczasem, w jednym z krajów współczesnej Europy rozgrywa się dramat jak w sowieckiej Rosji. Wszyscy wiedzą albo domyślają się, że jest źle. A jest bardzo źle, bo nowotwór prostaty, który zdążył się już przerzucić na inne organy wewnętrzne, powoduje ból. Ogromny ból i cierpienie. W samej partii trwa wojna o schedę. Modlą się, żeby tylko dotrwał do 11 listopada. Ukochany Przywódca jednak trwa w przywództwie. I podejmuje nadal decyzje. A narodowi oficjalnie wmawia się, że „przeszedł zabieg, ale nie dolega mu nic poważnego i wkrótce wróci do pracy”, za chwilę inny, który chyba nie czytał pierwszego, twierdzi, że „na tym etapie nie ma mowy o operacji”, a wódz ma pełną kontrolę nad tym, co się dzieje w partii. A wszyscy ci, którzy upowszechniają informacje o rzekomo złym stanie zdrowia wodza, popełniają „moralne barbarzyństwo”.

Historia uczy, że wszystkie tego typu teksty, zakłamujące rzeczywistość, działają przeciw skutecznie na opinię publiczną. One są za to objawem „moralnie barbarzyńskiej” walki o tron z użyciem wszelkich, nawet najbardziej brudnych metod. Zatem opinia publiczna, w tym niewymienionym z nazwy kraju Europy, przez najbliższe pół roku będzie świadkiem brutalnych gier, w których ofiary będą słały się gęsto wewnątrz obozu władzy. Jak oni w całości przetrwają bez wodza?