Sejm przegłosował ustawę dotyczącą programu SAFE. Jeśli przejdzie ona cały proces legislacyjny i – nie daj Boże – podpisze ją prezydent Nawrocki, Bruksela zyska kolejną kompetencję, której nie przyznają jej unijne traktaty. Otrzyma instrument nacisku w jednej z najbardziej wrażliwych sfer funkcjonowania państwa – w obszarze obronności. Stawką jest nie tylko bezpieczeństwo i kontrola nad dziesiątkami miliardów euro przeznaczonych na zbrojenia, ale przede wszystkim realny zakres polskiej niepodległości.
Tyle ciosów w obszarze szeroko pojętego bezpieczeństwa, ile Polska otrzymała w ostatnim czasie ze strony instytucji Unii Europejskiej, nie zadano jej od dekad. Najpierw odłożony w czasie Pakt Migracyjny, później umowa z Mercosur, następnie porozumienia handlowe z Indiami, a wreszcie otwarta konfrontacja z głównym gwarantem bezpieczeństwa naszego kraju – Stanami Zjednoczonymi. Teraz nadchodzi kolejny ruch, który w może okazać się ciosem ostatecznym dla Polski: finansowe uzależnienie pod hasłem wspólnego bezpieczeństwa.
Przegłosowana przez proniemiecką większość ustawa ma umożliwić Polsce zaciągnięcie gigantycznej pożyczki w ramach programu SAFE. Chodzi o 44 miliardy euro na zbrojenia – środki, które nasz kraj spłacałby przez kolejne 45 lat, na warunkach i według procedur określonych przez Komisję Europejską. Z jednej strony to potężny zastrzyk gotówki dla wojska i przemysłu obronnego. Z drugiej – mechanizm, którego zasady, transparentność i realna kontrola nad beneficjentami budzą poważne wątpliwości.
Tyle ciosów w obszarze szeroko pojętego bezpieczeństwa, ile Polska otrzymała w ostatnim czasie ze strony instytucji Unii Europejskiej, nie zadano jej od dekad.
Polska była w ostatnich latach prymusem NATO, jeśli chodzi o skalę i tempo wydatków na obronność. Dziś może zostać sprowadzona do roli ucznia nadzorowanego przez brukselskich urzędników. W praktyce oznacza to oddanie części decyzyjności w newralgicznym obszarze bezpieczeństwa instytucjom, na których czele stoi Ursula von der Leyen – była minister obrony Niemiec, pod której kierownictwem Bundeswehra zmagała się z poważnymi problemami strukturalnymi.
Pół biedy, gdyby program SAFE miał wyłącznie charakter biznesowy – gdyby chodziło jedynie o sposób dystrybucji środków i próbę podporządkowania ich mechanizmom korzystnym dla niemieckiego przemysłu. Zależności gospodarcze między Polską a Niemcami i tak są znaczące. Znacznie poważniejszy jest jednak wymiar polityczny. W Polsce zbyt rzadko uświadamiamy sobie, że choć razem z Niemcami należymy do Unii Europejskiej i NATO, historia naszych relacji nie została wymazana. Państwo, które rozpętało II wojnę światową, nigdy w pełni nie rozliczyło się z jej konsekwencji, w tym z utraty terytoriów, które po 1945 roku weszły w skład Polski. W tym kontekście SAFE przestaje być wyłącznie instrumentem finansowym – staje się narzędziem budowania trwałej zależności politycznej i gospodarczej.
Polska była w ostatnich latach prymusem NATO, jeśli chodzi o skalę i tempo wydatków na obronność. Dziś może zostać sprowadzona do roli ucznia nadzorowanego przez brukselskich urzędników
Dzisiejsi rządzący przez osiem lat, będąc w opozycji, konsekwentnie podważali kluczowe decyzje wzmacniające bezpieczeństwo państwa, a swoimi działaniami na forum europejskim przyczyniali się do ograniczenia Polsce dostępu do środków w ramach KPO. Dziś występują w roli strażników bezpieczeństwa, przypisując sobie realizację projektów zapoczątkowanych w czasach Zjednoczonej Prawicy i akceptując plan finansowy SAFE, który podporządkowuje część obszaru bezpieczeństwa mechanizmom Komisji Europejskiej. Trudno mówić o wiarygodności rządu Donalda Tuska. Zmienili retorykę, zmienili polityczne kostiumy – dziś mówią wyłącznie o bezpieczeństwie, lecz pamięć o ich wcześniejszych działaniach nie znika wraz ze zmianą narracji.
Dziś krytyków programu SAFE najłatwiej obrzuca się etykietami „wrogów Polski” czy wręcz „zdrajców”. Padają one z ust tych samych polityków, którzy w czasie hybrydowego ataku reżimu Łukaszenki na polską granicę biegali z pizzą dla nielegalnych migrantów i domagali się wpuszczenia ich do kraju, powtarzając hasła o „biednych ludziach potrzebujących pomocy”. Ta nagła przemiana w bezkompromisowych strażników bezpieczeństwa brzmi dziś co najmniej mało przekonująco.
Pół biedy, gdyby program SAFE miał wyłącznie charakter biznesowy – gdyby chodziło jedynie o sposób dystrybucji środków i próbę podporządkowania ich mechanizmom korzystnym dla niemieckiego przemysłu (…). Znacznie poważniejszy jest jednak wymiar polityczny.
W najbliższych tygodniach możemy być świadkami operacji propagandowej na niespotykaną dotąd skalę. Zostanie ona zaprojektowana i przeprowadzona przez najlepszych specjalistów od komunikacji politycznej w Europie. Stawką są ogromne pieniądze, lecz w przypadku programu SAFE chodzi o coś więcej niż tylko finansowanie zbrojeń. Ostateczna decyzja będzie należeć do Prezydenta RP – i to on stanie się głównym celem presji. Można spodziewać się eskalacji polaryzacji, demonstracji pod Pałacem Prezydenckim, serii sondaży publikowanych w sprzyjających mediach oraz licznych apeli autorytetów gospodarczych. Historia uczy, że utrata realnej suwerenności rzadko następuje gwałtownie – częściej dokonuje się etapami, w atmosferze politycznego nacisku i moralnego szantażu. W XVIII wieku również zaczynało się od decyzji, które miały być „racjonalne” i „korzystne”.
Dziś krytyków programu SAFE najłatwiej obrzuca się etykietami „wrogów Polski” czy wręcz „zdrajców”. Padają one z ust tych samych polityków, którzy w czasie hybrydowego ataku reżimu Łukaszenki na polską granicę biegali z pizzą dla nielegalnych migrantów.
Symboliczny był już obraz z sejmowej galerii podczas debaty nad ustawą o SAFE. Obradom przyglądał się ambasador Niemiec w Polsce, Miguel Berger, który równolegle komentował wydarzenia w mediach społecznościowych. „Śledziłem debatę na temat programu SAFE w polskim Sejmie (…). Nie ma czasu do stracenia” – napisał na platformie X. Ten pośpiech i demonstracyjne zainteresowanie z zewnątrz pokazują, jak istotna jest to decyzja – i jak szerokie konsekwencje może przynieść.

