Hoffmann,„do spodu” pisowski wojewoda wielkopolski (już w 1991 r. był w Porozumieniu Centrum Kaczyńskich) już, co najmniej, dwa razy udowodnił, że kompletnie nie nadaje się na to stanowisko.

Ewidentnie widać, że wojewoda, jego ludzie ds. bezpieczeństwa oraz policja wielkopolska i poznańska bardzo słabo przygotowali się do meczu wielkiego ryzyka pomiędzy Lechem i Legią. Tym większego, że od dawna jest znana wrogość kibiców z Poznania i Warszawy, a stawka niedawnego spotkania była bardzo wysoka: mistrzostwo kraju w piłce nożnej.

Drugi raz wojewoda popisał się niekompetencją, gdy pisowskim sposobem, po burdach i zamieszkach, zastosował ulubiona metodę swojego mistrza Kaczyńskiego: odpowiedzialność zbiorową. Zamiast, jak najmocniej uderzyć w bandytów, decyzjami o 8 meczach bez publiczności ukarał klub, piłkarzy Lecha i „normalnych” kibiców „Kolejorza”.

Komendy wielkopolskiej i poznańskiej policji nadają się do natychmiastowego gruntownego przewietrzenia kadrowego. Burdom i zamieszkom, przede wszystkim, trzeba zapobiegać. Jak to się robi, nie będę tłumaczył wysokiej rangi zawodowym stróżom prawa. Poznańska policja zaczęła działać, gdy było już za późno: trzeba było urządzać biegi po boisku zwartych oddziałów prewencji, tłuc się z łobuzami, strzelać z gumowych kul.

Zawiodło policyjne rozpoznanie. Nie ostudzono na czas zapału prowodyrów i najbardziej zuchwałych awanturników. Było jasne, że nie przepuszczą takiej okazji, jak mecz rozstrzygający o mistrzostwie Polski; a ich determinacja wzrośnie, gdy Lech zacznie przegrywać.

Jak się nie jest kompetentnym i przewidującym, trzeba szukać zajęcia na miarę swoich możliwości. Tyczy to zarówno wojewody wielkopolskiego, jego współpracowników w sprawach bezpieczeństwa, jak i odpowiedzialnych dowódców poznańskiej policji.