Gdy europejscy politycy biją na alarm w sprawie Grenlandii, Wenezueli i „amerykańskiego imperializmu”, warto spojrzeć nie na ich słowa, lecz na interesy. Bo za fasadą moralnego oburzenia kryje się coś znacznie bardziej cynicznego: strach przed utratą kontroli nad projektem, który bez wojny nie ma racji bytu. Wojna na Ukrainie stała się bowiem dla unijnych elit narzędziem politycznym, z którego nie zamierzają rezygnować.
Fałszywe oburzenie i prawdziwy strach
Lamenty, które dziś słyszymy z ust europejskich polityków, raz w sprawie Wenezueli, innym razem Grenlandii, brzmią głośno, ale są fałszywe. Podobnie jak deklarowana troska o pokój w Europie, przy jednoczesnym robieniu wszystkiego, by wojna trwała jak najdłużej. To nie jest hipokryzja przypadkowa i nie wynika też ze słabości europejskich elit. To hipokryzja systemowa, która ma pełnić określone funkcje polityczne wobec europejskich społeczeństw.
Nie powinno nikogo dziwić, że ostatnie działania administracji Donalda Trumpa nie budzą sympatii elit Unii Europejskiej. Obalenie przywódcy Wenezueli, a w dalszej perspektywie także całego zbudowanego przez jego poprzednika reżimu, może uruchomić ciąg antylewicowych ruchów tektonicznych w Ameryce Południowej. A to jest dokładnie ten scenariusz, którego środowiska lewicowo-liberalne w Europie boją się najbardziej. Nie minął jeszcze rok od objęcia przez Trumpa urzędu, a konserwatywny wiatr już dawno zaczął w Europie wiać z siłą huraganu.
Wisienką na torcie było ogłoszenie w grudniu ubiegłego roku nowej strategii bezpieczeństwa USA. Reakcja była natychmiastowa: święte oburzenie od Paryża, przez Brukselę, po Berlin. Oczywiście największe emocje wzbudził rozdział poświęcony Europie. Nie ma tam bowiem deklaracji zacieśniania współpracy z Unią Europejską jako taką. Jest za to jasny sygnał: Stany Zjednoczone będą wspierać te inicjatywy i procesy, które idą w poprzek obecnego kursu unijnych elit. Dla Ameryki „Europa” nie oznacza automatycznie Brukseli.
W dokumencie czytamy wprost, że jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent może zmienić się nie do poznania w ciągu kilkunastu, a nawet kilku lat. Amerykanie doskonale widzą patologie UE: regulacyjny gorset duszący gospodarki państw członkowskich, systemowe ograniczanie wolności słowa, ideologizację prawa oraz destrukcyjną politykę migracyjną. Zapowiedź wspierania zmian, które miałyby ten model osłabić, wywołała wśród europejskich elit autentyczną panikę.
Pokój jako zagrożenie dla „projektu europejskiego„
I w tym właśnie kontekście należy czytać nagłą, nerwową nadaktywność Unii Europejskiej w sprawie „planu pokojowego” dla Ukrainy. Przez długi czas prezydentury Joe Bidena nikt w Brukseli nie zaprzątał sobie tym głowy. Dopiero teraz, gdy za sprawą prezydenta Trumpa negocjacje stały się realne, a perspektywa zakończenia wojny przestała być abstrakcją, europejscy liderzy zaczęli „pracować nad pokojem”.
Amerykanie doskonale widzą patologie UE: regulacyjny gorset duszący gospodarki państw członkowskich, systemowe ograniczanie wolności słowa, ideologizację prawa oraz destrukcyjną politykę migracyjną. Zapowiedź wspierania zmian, które miałyby ten model osłabić, wywołała wśród europejskich elit autentyczną panikę
Problem polega na tym, że oni tego pokoju nie chcą. Wojna na Ukrainie jest dziś elitom UE potrzebna jak tlen. To paliwo dla projektu siłowego „zjednoczenia Europy” w jedno, scentralizowane państwo – wbrew woli społeczeństw. Bez wojny nie da się uzasadnić strachu, nowych podatków, wspólnych długów, ani jednej europejskiej polityki zagranicznej i obronnej. Bez wojny ten projekt po prostu się rozsypie.
Nie jest przypadkiem, że głównymi hamulcowymi realnych negocjacji pokojowych są dziś elity Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii. Za każdym razem, gdy Ukraina zaczyna realnie rozmawiać o zakończeniu konfliktu, natychmiast pojawiają się głosy z Paryża, Berlina czy Londynu: „poczekajmy”, „doprecyzujmy”, „potrzebne są gwarancje”. W praktyce oznacza to jedno: przeciągać, opóźniać, sabotować.
Wojna na Ukrainie jest dziś elitom UE potrzebna jak tlen. To paliwo dla projektu siłowego „zjednoczenia Europy” w jedno, scentralizowane państwo – wbrew woli społeczeństw
Kuriozalna jest przy tym sytuacja, w której to Ukraina zaczyna recenzować, kiedy i na jakich warunkach zgodzi się na zakończenie wojny, uzależniając to od decyzji parlamentów państw ją wspierających. Państwo z klasą polityczną przesiąkniętą korupcją próbuje dziś uprawiać moralny szantaż wobec Zachodu, warunkując własną zgodę na pokój cudzymi decyzjami. Prezydent Wołodymyr Zełenski nie miałby śmiałości przeciągania negocjacji z prezydentem Trumpem, gdyby nie dano mu na to zielonego światła w Brukseli i Berlinie. Liczą na przeczekanie Trumpa, albo chociaż doczekanie wyborów połówkowych do Kongresu w USA, a w tym czasie będą straszyć wojną, którą sami przeciągają.
„Koalicja chętnych”, czyli wojna w służbie superpaństwa
Powołana naprędce „koalicja chętnych” nie jest dla Ukrainy żadnym wybawieniem. Jest gwarancją, że wojna potrwa dłużej. „Chętni” nie oznacza bowiem „gotowi”. Państwa tej koalicji nie mają realnych zdolności wojskowych ani operacyjnych. Mają za to polityczne interesy: wykorzystać wojnę do dalszej centralizacji Unii Europejskiej i przekształcenia jej w superpaństwo – od dawna będące marzeniem, planem i celem brukselskich urzędników.
Dla Niemiec to sytuacja wręcz idealna. Chciałyby one wypchnąć Amerykę z Europy i zaprezentować się, czysto PR-owo, jako nowy „gwarant bezpieczeństwa” kontynentu. Tyle że nie mają ku temu potencjału militarnego. Dlatego próbują realizować ten plan poprzez swoje przedłużone ramię, jakim jest Unia Europejska. Wystarczy spojrzeć na coraz śmielsze deklaracje o „odpowiedzialności za bezpieczeństwo regionu” i rozmieszczaniu wojsk w krajach sąsiednich – w tle, a dokładniej w niemieckich mediach, wymieniana jest tu Polska.
Prezydent Wołodymyr Zełenski nie miałby śmiałości przeciągania negocjacji z prezydentem Trumpem, gdyby nie dano mu na to zielonego światła w Brukseli i Berlinie. Liczą na przeczekanie Trumpa, albo chociaż doczekanie wyborów połówkowych do Kongresu w USA
Krytyka „koalicji chętnych” płynie zresztą także z Europy Środkowej. Coraz częściej padają słowa, że kolejne propozycje tej grupy nie przybliżają kontynentu do pokoju, lecz do bezpośredniej konfrontacji z Rosją. I to jest dziś sedno problemu. Dla unijnych elit wojna stała się narzędziem politycznym. A narzędzia, jak wiadomo, rzadko odkłada się na bok tylko dlatego, że przestały służyć innym.

